Pewnego majowego wieczoru, gdy Marcysia wróciła zmęczona z dyżuru w szpitalu, zadzwoniła jej przyjaciółka Gosia.
„Marcysiu, cześć. Co robisz?” – rozległ się w słuchawce znajomy głos.
„Właśnie wróciłam z pracy. Coś pilnego? Przepraszam, ale jestem wykończona, dzień był koszmarny” – odparła Marcysia, wieszając płaszcz w przedpokoju.
„Dzwonię, żeby przypomnieć – jutro moje urodziny. Czekam na ciebie o siódmej w „Złotym Smoku”. Nie przyjmuję wymówek. Do zobaczenia!” – Gosia, jak zwykle, rozłączyła się, zanim Marcysia zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.
„Kto dzwonił?” – Mama stała w drzwiach pokoju od dłuższej chwili, nasłuchując.
„Wszystko przecież słyszałaś” – westchnęła Marcysia. Matka obrażona ściągnęła usta. „Gosia zaprasza mnie na swoje urodziny” – dodała łagodniej.
„Szkoda, że nie kupiłaś tej błękitnej sukienki, teraz by się przydała” – w głosie matki pobrzmiewał wyrzut.
„Mamo, kompletnie wyleciało mi to z głowy, nawet prezentu nie kupiłam. I w ogóle nie mam ochoty nigdzie iść. Później jakoś ją pozdrowię.”
„Co to znaczy – jakoś? Gosia to twoja jedyna przyjaciółka, a ty chcesz ją urazić? Zupełnie sama zostaniesz. Kupię jutro prezent, nie martw się. Idź, rozerwij się trochę, bo tylko praca na głowie. Za rok trzydziestka, a ani rodziny, ani dzieci. Poważnego związku nigdy nawet nie było!”
„A co to tu ma do rzeczy? Nie mam trzydziestki, tylko dwadzieścia siedem!”
„Nie tylko, a już – warknęła matka. – Gosia ma tłumy adoratorów. Może i ciebie z kimś pozna.”
„Mam wrażenie, że chcesz mnie jak najszybciej zbyć, jak mówiła babcia” – Marcysia nie kryła irytacji.
„A co w tym złego? Dzieci twoich dawnych koleżanek już maturę zdają…”
„Gosia, nawiasem mówiąc, choć ma całą zgraję wielbicieli, też nie zamężna” – zauważyła Marcysia z przekąsem.
„Ona jeszcze wyjdzie, nie martw się. A ty…”
„Zaczyna się.” – Marcysia przewróciła oczami. Matka poruszyła odwieczny, bolesny temat.
„Powiedz jeszcze, że umierasz, a ja nie ustatkowana” – warknęła.
„Nie umieram jeszcze, ale czas leci, chciałabym wnuki niańczyć” – matka nie ustępowała.
„Boże, mamo, masz ledwie pięćdziesiąt trzy lata!”
„Właśnie dlatego. Wkrótce emerytura, a wnuków brak. Więc jutro idziesz na urodziny. O, kotlety się przypalają!” – Matka pognała do kuchni.
Następnego dnia Marcysia, z prezentem w reklamówce, weszła do restauracji. Miała na sobie błękitną sukienkę, której zakup tak natarczywie polecała matka. Włosy ułożyła w loki, też zgodnie z radą. Czuła się niezręcznie, jakby nagle dorosła Alicja, która wpadła do Krainy Czarów. Spóźniła się przez sprzeczkę z matką.
Sala była pełna, wszystkie stoliki zajęte. Między nimi krążyli młodzi kelnerzy w długich czarnych fMiędzy nimi krążyli młodzi kelnerzy w długich czarnych fartuchach, a gdy Marcysia dostrzegła w kącie Gosię, ta już machała do niej ręką, przy stole obok niej siedział znajomy już Piotr, syn bankiera, oraz nieśmiało uśmiechający się Krzysiek – i wtedy zrozumiała, że to właśnie on był powodem, dla którego Gosia tak nalegała, by przyszła.



