**Zofia**
— Ile pani ma lat? — chirurg plastyczny, doktor Sylwester Marek Kowalski, wpatrywał się w piękną twarz Zofii.
Mrugnęła, uśmiechnęła się, a potem spojrzała na niego wyzywająco. Ileż razy widział już takie kobiece sztuczki w swoim gabinecie. Gdy tylko pytał o wiek, kobiety nagle przypominały sobie, że przed nimi stoi przystojny mężczyzna. Zofia nie była wyjątkiem.
— A ile by mi pan dał? — zapytała kokieteryjnie.
On jednak pozostał poważny.
— Dwadzieścia dziewięć — skłamała bez mrugnięcia okiem.
Trzydziestka zawsze przerażała kobiety.
— Trzydzieści dziewięć, aby być precyzyjnym — sprostował Kowalski, z litości odejmując dwa lata.
— Nie da się pana oszukać, doktorze — odparła Zofia, doceniając jego takt.
— Po co więc próbuje mnie pani okłamać? Jestem lekarzem, nie potencjalnym narzeczonym. Wiek potrzebny mi jest do czegoś zupełnie innego. Gdyby miała pani naprawdę dwadzieścia dziewięć lat, raczej nie trafiłaby pani do mnie. Wygląda pani znakomicie jak na swój wiek. Wiele kobiet mogłoby pani pozazdrościć.
— Straszny z pana człowiek. Widzi nas na wylot, jak rentgen — przebierając palcami, znów się przymiliła.
— To moja praca i doświadczenie.
— Żona ma szczęście. Rozumie pan kobiety jak nikt.
Kowalski chciał powiedzieć, że nie jest żonaty, ale się powstrzymał.
— Więc po co przyszła pani do mnie? Wygląda pani świetnie i nie potrzebuje pani operacji. Przynajmniej na razie.
Komplement rozbłyski w jej oczach.
— A czy nie ciekawi pana, jakim kosztem to osiągam? Tak, mam bogatego męża. Mogę pozwolić sobie na najdroższe zabiegi i kosmetyki. Ale zmęczyło mnie spędzanie godzin na siłowni, potem u kosmetyczki z maskami i serum. Nie żyję, tylko walczę z czasem. Jestem zmęczona.
— Niech więc czas płynie. W każdym wieku są swoje zalety. Nie trzeba wydawać się lepszą, niż się jest — Kowalski obdarzył ją promiennym uśmiechem.
— Panu łatwo mówić. Jesteś mężczyzną. Nie musi pan liczyć zmarszczek i kalorii, siedzieć na dietach. A kto nas do tego zmusza?
— I kto? — podchwycił Kowalski, bawiąc się jej słowami.
Lubił Zofię. Była szczera, piękna, pełna życia.
— Wy, mężczyźni. Czujecie się lepiej, gdy u boku macie młodą i piękną kobietę. Im starsi jesteście, tym młodsze wybieracie. — W kącikach jej ust pojawił się gorzki grymas, a oczy pociemniały, ale wciąż wyglądała zachwycająco.
— Pochodzę z małego miasteczka, z Radomia. Mama pracowała w ubojni, ojciec w kotłowni. Życie tam było ciężkie. Ojciec pił. Nienawidziłam tego miejsca, marzyłam o Warszawie, o tym, by zostać aktorką. — Jej wzrok zatonął we wspomnieniach.
Kowalski rozumiał ją aż za dobrze. Sam przyjechał do stolicy z prowincji.
— Nie dostałam się do szkoły teatralnej. Zaczęłam pracować w sklepiku na bazarze. — Widział, jak trudno jej o tym mówić. — Nie będę opowiadać, jak się wybijałam. Pewnego dnia zauważyła mnie kobieta. Właściwie to ją oszukałam na wadze. Zaprosiła mnie do domu mody. Nie takiego, gdzie chodzi się po wybiegu, ale pan rozumie. Tam poznałam mojego męża. Byłam młoda, głodna życia… — Jej oczy znów zaszły mgłą. Kowalski nie przerywał.
— Tak się we mnie zakochał, że oświadczył się. Oczywiście przyjęłam. Nie przeszkadzało mi, że jest starszy. Wygrywający los na loterii. Miałam męża, mieszkanie w Warszawie, dom pod miastem, pieniądze. Spełniły się moje najśmielsze marzenia.
Z pierwszego małżeństwa ma syna, w moim wieku, mieszka za granicą. Mąż nie chciał więcej dzieci. Pogodziłam się z tym. Restauracje, suknie, podróże. Podobało mi się takie życie. Ma pan rację, wiele kobiet mi zazdrościło. Uciekłam z Radomia i nie chciałam tam wracać. — Westchnęła i zamilkła na chwilę.
— A trzy dni temu wpadłam do biura męża. Tak, bez zapowiedzi. Chciałam go zaskoczyć. Kupiłam mu pączki i kawę.
Sekretarki nie było na recepcji. A raczej była tam, gdzie nie powinna — w gabinecie mojego męża. Nawet drzwi nie zamknęli. Nie widzieli mnie. Wyszłam, zostawiając pączki na jej biurku. To było okropne. — Zasłoniła twarz dłońmi.
Kowalski czekał w milczeniu. Słyszał już takie historie nie raz. Kobiety zwierzały mu się jak na spowiedzi.
Odsunęła dłonie. Jej oczy były suche. Na moment zdjęła maskę pewnej siebie kobiety. Życie nauczyło ją, że zawsze trzeba „trzymać fason”.
— Nie byłam naiwna, wiedziałam, że ma inne. Ale wtedy się przestraszyłam. Czas ucieka, ja się nie odmładzam, a wokół pełno młodszych, gotowych na wszystko, by zająć moje miejsce.
Wszystkie chcą pieniędzy. Mają to, czego ja już nie mam — młodość. Ma pan rację, mam czterdzieści lat. Nie mogę z nimi konkurować. Mężczyźni jak mój mąż wolą młode, głupiutkie i ładne. Jeśli mnie zostawi, nie wygra— Lepiej umrzeć, niż wrócić do tej nędzy — szepnęła Zofia, a Kowalski, patrząc na jej zdecydowane spojrzenie, wiedział, że operacja będzie jej ostatnią ucieczką przed upływającym czasem.



