Czekaj na niego…

Rosa jeszcze nie osiadła na trawie, mgła leniwie cofała się na drugi brzeg rzeki, a słońce już wyłaniało się zza ząbkowanej linii lasu.

Jan stał na ganku, podziwiając piękno poranka i wdychając świeże powietrze. Za plecami usłyszał plusk bosych stóp. Kobieta w nocnej koszuli i zarzuconym na ramiona swetrze podeszła i stanęła obok.

— Cudownie, co? — Jan nabrał powietrza w płuca. — Wracaj do domu, przeziębisz się — powiedział łagodnie i poprawił jej sweter, który zsunął się z okrągłego ramienia.

Kobieta przytuliła się do niego, obejmując jego rękę.

— Nie chce mi się od ciebie wyjeżdżać — szepnął Jan, a jego głos stał się miękki od czułości.

— To nie wyjeżdżaj. — Jej głos kusił, wabił jak syreni śpiew. „Zostałbym, ale co dalej?” Ta myśl otrzeźwiła Jana.

Gdyby wszystko było takie proste, dawno by już został. Ale dwadzieścia trzy lata życia z żoną nie da się tak ot wymazać, a dzieci… Kasia to już praktycznie dorosła, u narzeczonego spędza więcej czasu niż w domu, wkrótce ślub. A Wojtkowi dopiero czternaście lat, najtrudniejszy wiek.

Kierowca ciężarówki zawsze znajdzie pracę, ale tutaj raczej nie zarobi kokosów. Teraz może szastać pieniędzmi, kupować Zosi drogie prezenty. Ale co będzie, gdy będzie zarabiał dwukrotnie mniej? Czy nadal będzie go kochała? Pytanie.

— Nie zaczynaj, Zoś — odparł Jan, machając ręką.

— Dlaczego? Dzieci już duże, czas pomyśleć o sobie. Sam mówiłeś, że z żoną jesteś tylko z przyzwyczajenia. — Zosia odsunęła się obrażona.

— Ech, gdybym wiedział wcześniej, że cię spotkam… — Jan głośno westchnął. — Nie gniewaj się. Muszę już jechać, i tak się u ciebie zasiedziałem. — Chciał ją pocałować, ale odwróciła głowę. — Zoś, naprawdę muszę ruszać, jeśli chcę zdążyć przed nocą. Mam ładunek, umowa.

— Tylko obiecujesz. Przyjeżdżasz, rozkojarzysz mi głowę, a potem lecisz do żony. Mam już dość czekania w samotności. Michał od dawna chce się ze mną żenić.

— No to idź. — Jan wzruszył ramionami.

Chciał coś jeszcze dodać, ale się rozmyślił. Powoli zszedł z ganku, skręcił za róg domu i ruszył ogrodem w stronę obwodnicy, gdzie na poboczu czekała ciężarówka. Specjalnie zostawiał auto tam, by nie hałasować rano w osiedlu.

Wgramolił się do kabiny. Zwykle Zosia odprowadzała go i żegnała pocałunkiem. Dziś jednak została w domu — widocznie naprawdę się obraziła. Jan usadowił się wygodniej, zatrzasnął drzwi. Zanim odpalił silnik, wybrał numer żony. Przy Zosi wstydził się dzwonić. Z telefonu dobiegł tylko głos informujący, że abonent jest niedostępny… Żadnych nieodebranych połączeń też nie było.

Schował telefon i odpalił silnik, wsłuchując się w jego równy pomruk. Ciężarówka drgnęła, zrzucając resztki snu, i powoli ruszyła, kołysząc się na nierównościach szutrówki. Jan dał krótki sygnał i dodał gazu.

Kobieta na ganku wzdrygnęła się, słysząc oddalający się warkot, i weszła do domu.

Z radia popłynął aksamitny głos Mroza: *„Kochanie, kochaj mnie, słodko, gorąco…”* Jan nucił pod nosem, myśląc o zostawionej kobiecie. Ale wkrótce myśli pobiegły w stronę domu: *„Co tam się dzieje? Drugi dzień nie mogę się dodzwonić. Jak wrócę, urządzę im…”*

A tymczasem jego żona, Krystyna, właśnie ocknęła się z narkozy w szpitalnej sali i natychmiast wszystko sobie przypomniała…

***

Żyli z Janem ponad dwadzieścia lat, dwadzieścia cztery, by być precyzyjnym. Mąż kierowca, zarabiał dobrze, rodzina stabilna, duże mieszkanie, dwoje dzieci. Kasia już prawie dorosła, niedługo wyjdzie za mąż i wyprowadzi się, skończyła szkołę fryzjerską, pracuje. Wojtkowi czternaście lat, marzy o marynarce.

I nagle ten telefon. Najpierw Krystyna pomyślała, że to jakiś żart albo pomyłka.

— Dzień dobry, Krystyno. Czeka pani na męża? Bo on się spóźnia… — głos słodki, lepki jak miód.

— Co się stało? — przerwała niecierpliwie Krystyna, od razu myśląc o wypadku. Droga długa, różnie może się zdarzyć. Wiózł cenny ładunek, odpowiedzialność duża.

— Stało się. U kochanki jest — zamruczał głos.

— Kto mówi?! — krzyknęła do słuchawki.

— A ty czekaj, czekaj… — w słuchawce rozległ się kobiecy śmiech.

Krystyna odjęła telefon od ucha i rozłączyła się. Ale śmiech wciąż brzmiał jej w uszach. Ogarnęła ją panika. Myśli plątały się, pokazując raz sceny wypadku, raz inną kobietę w ramionach męża. Kto mógł znać jej numer i wiedzieć, że Jan jest w trasie? Tylko ta kobieta. Jak ona śmiała do niej dzwonić, śmiać się z niej?!

Krystyna wybrała numer męża i natychmiast rozłączyła się. A jeśli akurat prowadzi? I co mu powie? Nie wolno go rozpraszać. Jak wróci, wtedy pogadają. Próbowała zająć się domem, ale wszystko leciało jej z rąk. W uszach wciąż brzmiał ten mruczący głos i szyderczy śmiech.

Jak na złość ani Kasi, ani Wojtka nie było w domu. Kasia gdzieś się włóczyła z chłopakiem, a Wojtek wczoraj wyprosił się na urodziny kolegi.

Musiała się czymś zająć, żeby nie zwariować. Krystyna przebrała się, wzięła torbę i wyszła. Pójdzie do sklepu po majonez, cebulę i piwo dla Jana. W weekend lubił wypić jedno-dwa. Jutro nie będzie czasu na zakupy, trzeba przygotować obiad. Jan obiecał wrócić na kolację. *„A jeśli nie wróci?”* — zapytał wewnętrzny głos, ale Krystyna go uciszyła.

Postanowiła pójść do supermarketu, uspokoić nerwy. Ale było daleko, więc skręciła w zaułek. Z jednej strony ciągnął się betonowy mur, z drugiej rząd stłoczonych garaży. Miejsce puste, już zaczynało się ściemniać, ale droga była dwa razy krótsza. Zdąży, zanim zrobi się zupełnie ciemno. Przyspieszyła kroKrystyna westchnęła ciężko, zamykając oczy, gdy w drzwiach stanął nieznajomy mężczyzna z bukietem polnych kwiatów i ciepłym uśmiechem, który mimowolnie rozjaśnił jej serce.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − dziesięć =

Czekaj na niego…