Czekaj na niego…

Poranek był jeszcze mglisty, rosa zwilżała trawy, gdy słońce powoli wychylało się zza koron drzew w lesie.

Marek stał na ganku, wdychając świeże powietrze i podziwiając ciszę. Za sobą usłyszał ciche kroki. Kobieta w nocnej koszuli i narzuconym na ramiona szalu podeszła i przytuliła się do niego.

— Pięknie dziś… — westchnął Marek. — Idź do domu, przeziębisz się — dodał ciepło, poprawiając jej zsuwający się szal.

Ewa przytuliła się mocniej, oplatając jego ramię.

— Nie chce mi się od ciebie wyjeżdżać — szepnął ochrypłym od wzruszenia głosem.

— To nie wyjeżdżaj. — Jej głos brzmiał jak syreni śpiew. „Zostałbym, ale co potem?” Ta myśl otrzeźwiła Marka.

Gdyby wszystko było takie proste, zostałby już dawno. Ale dwadzieścia trzy lata małżeństwa nie da się tak ot wymazać. I dzieci… Ania właściwie już się usamodzielniła, u narzeczonego spędza więcej czasu niż w domu, niedługo ślub. A Wojtkowi dopiero czternaście lat — trudny wiek.

Kierowca ciężarówki wszędzie znajdzie pracę, ale czy tutaj zarobi tyle, co teraz? Na razie rozdaje pieniądze na prawo i lewo, obsypuje Ewę prezentami. A jeśli będzie zarabiał połowę tego, czy dalej będzie go tak kochała? To pytanie nie dawało mu spokoju.

— Nie zaczynaj, Ewka — odparł, odwracając wzrok.

— Dlaczego? Dzieci już duże, czas pomyśleć o sobie. Sam mówiłeś, że z żoną jesteście razem tylko z przyzwyczajenia. — Ewa odsunęła się, urażona.

— Eh, gdybym tylko wiedział wcześniej, że cię spotkam… — Marek ciężko westchnął. — Nie gniewaj się. Muszę jechać, już się spóźniam. — Chciał ją pocałować, ale odwróciła głowę. — Ew, naprawdę muszę. Mam kontrakt, ładunek.

— Tylko obiecujesz. Przyjeżdżasz, mieszasz mi w głowie, a potem wracasz do żony. Mam już dość czekania. Michał od dawna chce się ze mną ożenić.

— To idź do niego — burknął, wzruszając ramionami.

Chciał coś dodać, ale się powstrzymał. Powoli zszedł z ganku, skręcił za róg domu i ruszył w stronę drogi, gdzie stała jego ciężarówka. Zawsze zostawiał ją dalej, by nie hałasować rano.

Wsiadł do kabiny. Zwykle Ewa odprowadzała go i żegnała czule. Tym razem nie wyszła — naprawdę była zła. Marek poprawił się na siedzeniu, zatrzasnął drzwi. Zanim odpalił silnik, wybrał numer żony. Przy Ewie wstydził się dzwonić. Odezwał się automat: „Abonent tymczasowo niedostępny…” Żadnych nieodebranych połączeń też nie było.

Warkot silnika wypełnił kabinę. Samochód drgnął i ruszył, kołysząc się na wybojach. Marek dał krótki sygnał klaksonem i dodał gazu.

Ewa, stojąc na ganku, wzdrygnęła się na odgłos oddalającego się motoru i weszła do domu.

Z radia płynęła piosenka: „Kochana, kochana, czemu nie jesteś tu…” Marek nucił pod nosem, myśląc o Ewie. Ale wkrótce myśli wróciły do domu: „Co tam się dzieje? Drugi dzień nie mogę się dodzwonić. Jak wrócę, wszystko wyjaśnię…”

Tymczasem jego żona, Krystyna, właśnie ocknęła się po narkozie w szpitalu i od razu wszystko sobie przypomniała…

***

Byli razem ponad dwadzieścia lat, dwadzieścia cztery, jeśli być dokładnym. Marek, dalekobieżny kierowca, dobrze zarabiał, mieli duże mieszkanie, dwoje dzieci. Ania dorosła, niedługo ślub, skończyła szkołę fryzjerską. Wojtek marzył o marynarce.

A potem ten telefon. Najpierw myślała, że to pomyłka albo żart.

— Dzień dobry, Krystyna. Czeka pani na męża? A on się spóźnia… — głos był słodki, lepki jak miód.

— Co się stało? — przerwała nerwowo, myśląc o wypadku. Droga długa, różnie może się zdarzyć.

— Stało się. Jest u kochanki — wypurczał się głos.

— Kto mówi? — krzyknęła do słuchawki.

— A ty czekaj, czekaj… — rozległ się śmiech.

Krystyna odrzuciła telefon. Ale ten śmiech wciąż brzmiał jej w uszach. Ogarnęła ją panika. Myśli wirowały — to wypadek, to inna kobieta w ramionach męża. Kto inny mógł znać jej numer, wiedzieć, że Marek jest w trasie? Tylko ta druga. Jak śmiała do niej dzwonić, śmiać się z niej?

Wybrała numer męża, ale zaraz się rozłączyła. A jeśli prowadzi? Co mu powie? Nie może go rozpraszać. Poczeka, aż wróci. Próbowała zająć się czymś, ale wszystko wypadało jej z rąk. W uszach wciąż dźwięczał tamten głos.

Ani Ani, ani Wojtka nie było w domu. Ania gdzieś z chłopakiem, Wojtek na urodzinach kolegi.

Musiała wyjść, by nie oszaleć. Wzięła torbę i wyszła do sklepu. Kupi majonez, cebulę i piwo dla Marka. W weekend lubił wypić jedno czy dwa. Jutro będzie gotować — obiecał, że wróci na kolację. „A jeśli nie wróci?” — szepnął wewnętrzny głos, ale go zagłuszyła.

Postanowiła iść na spokojnie, ale droga była długa, więc skróciła przez osiedlowe garaże. Miejsce puste, zaczynało się ściemniać. Nagle ktoś wyrwał jej torbę. Zachwiała się, niemal upadła. Zobaczyła tylko plecy uciekającego mężczyzny.

— Stój! — krzyknęła, biegnąc za nim. Nagle noga się poślizgnęła, upadła z impetem. Ból przeszył ją od kostki po krzyż. Nie mogła wstać. Obrzęk narastał.

Najgorsze, że nie miała telefonu. Nikogo nie było w pobliżu. Mogła tylko czekać.

I wszystko przez ten przeklęty telefon. Pewnie straciła rozum, skoro wybrała taką drogę. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Po raz pierwszy od dwudziestu lat nie przywita męża z trasy…

Nagle zobaczyła reflektory samochodu. Mężczyzna wysiadł, otwierał garaż.

— Pomocy! — krzyknęła z całych sił.

Mężczyzna podszedł.

— Potrzebuję pomocy… — wyjąkała.

Pomógł jej wsiąść do auta, podał chusteczki.

— Jak pani na imię? — spytał.

— KKrystyna spojrzała na niego przez łzy i nagle zrozumiała, że czasem obcy ludzie okazują więcej troski niż ci, których kochała przez całe życie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − dziesięć =

Czekaj na niego…