A jednak miałeś swoje uroki…

Było to dawno temu, a wspominam to teraz…

Ania wyszła z biura i podeszła do samochodu na parkingu. Maska i przednia szyba były pokryte cieniutką warstwą śniegu. Wsiadła i od razu włączyła ogrzewanie, by rozgrzać zziębnięte wnętrze. Potem wycieraczkami strząsnęła śnieżny pył ze szkła.

Wyjechała z parkingu i włączyła się w strumień innych aut. Ruch był jednak powolny, długo stała na światłach, w korkach. Czuła, jakby wszystkie samochody w Krakowie zebrały się w jednym miejscu. Mijając galerię handlową, zdecydowała się skręcić, by przeczekać godziny szczytu, przy okazji przeglądając świąteczne towary – może znajdzie coś na prezenty.

Ale i tu parking był zapchany, żadnego wolnego miejsca. Ania już żałowała, że tu zajechała. Lepiej byłoby zostać na głównej drodze – wolno, ale jednak jechałaby do przodu. Widać nie tylko ona wpadła na pomysł, by spędzić czas pożytecznie w sklepie, zamiast tkwić w korku.

Wtedy w lusterku błysnęły reflektory – SUV cofał się, jakby ustępując jej miejsce.

W galerii było tłoczno, gorąco i gwarno. Ania rozpięła płaszcz, odgarnęła szalik z szyi i ruszyła między półkami. Oczy mrużyła od migotliwych lampek i tłumu ludzi. W koszyku znalazły się kolorowe bombki, srebrne renifery na choinkę, ręczniki z Mikołajem w ozdobnym opakowaniu, kieliszki do szampana z życzeniami szczęścia…

W domu się zastanowi, komu co dać. Dla mamy i męża kupi coś lepszego, ale koledzy i znajomi ucieszą się z takich drobiazgów. Stanęła w kolejce do kasy. Miała dosyć hałasu, chciała już wyjść na świeże powietrze. Kiepski pomysł – przyjść tu w piątkowy wieczór. Mogła przyjechać jutro rano, gdy ludzie śpią po imprezach…

W końcu przyszła jej kolej. Gdy kasjerka skanowała produkty, Ania przeraziła się, ile niepotrzebnych rzeczy wzięła. No trudno, na coś się przydadzą.

Odeszła od kasy, zapięła płaszcz, poprawiła szal i ruszyła do wyjścia, uważając, by ktoś nie uderzył w torbę i nie potłukł ozdób.

– Ania!

Nie od razu zorientowała się, że to do niej. Szła dalej.

– Kowalska!

Dopiero na panieńskie nazwisko zatrzymała się. Ale ludzie wychodzący z galerii przepychali się, potrącali ją. Odsunęła się na bok, rozglądając za znajomym.

– Cześć, Ania – głos zabrzmiał tuż obok.

Odwróciła się i zobaczyła brodatego mężczyznę. Mała czarna czapka sięgała mu aż po brwi. Uśmiechał się, a Ania dostrzegła brak jednego przedniego zęba. Ubranie wisiało na nim workowato, niechlujnie. Już żałowała, że się zatrzymała. Ten menel na pewno nie był jej znajomym.

– Nie poznajesz? – spytał. – A ja ciebie od razu. Prawie się nie zmieniłaś. Wyglądasz na milion – zaśmiał się chrapliwie.

Coś w jego głosie wydało jej się znajome, ale nie mogła sobie przypomnieć.

– Chodziliśmy do szkoły razem. Do tej samej klasy – podpowiedział.

– Marcin?! – wykrztusiła Ania. Chciała zapytać, co go doprowadziło do takiego stanu, ale się zawstydziła.

– Ja – uśmiechnął się radośćnie, znowu odsłaniając dziurę w uzębieniu. – Dużo się zmieniłem?

– Tak – skinęła. – Co się z tobą stało? – W końcu zapytała.

– Długa historia. Może usiądziemy gdzieś? Tu jest kawiarnia. – Patrzył na nią z nadzieją.

Ania nie mogła przyzwyczaić się do jego widoku. Jak mogła go nie poznać? Pewnie przez tę brodę i głupią czapkę. To przecież Marcin, w którym była zakochana w szkole, przez którego wylała morze łez. A teraz wstydziła się stać z nim na widoku.

– Przepraszam, muszę iść – powiedziała, odsuwając wzrok, jakby szukając pomocy u przechodniów. Ale nikt nie zwracał uwagi na tę dziwną parę.

Marcin patrzył na nią wyczekująco.

– No dobrze, tylko na chwilę – w końcu się zgodziła, bardziej z ciekawości niż z chęci rozmowy.

On się ucieszył, nerwowo poprowadził ją do kawiarni.

– Chodź. Tyle lat się nie widzieliśmy. Może drugie tyle minie – zaśmiał się, wyraźnie szczęśliwy.

Ania rzucała niepewne spojrzenia na mijanych ludzi – miejmy nadzieję, że nikt znajomy ich nie widzi. Zresztą połowa miasta pewnie dziś tu jest. Marcin co chwilę wyjadał przed nią, zaglądMinęły lata, ale gdy Ania czasem widziała mężczyznę w czarnej czapce, serce zamierało jej na moment, bo choć tamtej zimy na parkingu już go nie odnalazła, gdzieś w niej wciąż żyła nadzieja, że jednak kiedyś jeszcze się spotkają.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + trzy =

A jednak miałeś swoje uroki…