Straszny błąd
Weronika obudziła się z bólu. Coś jej się śniło przed przebudzeniem, coś ważnego. Ale ból odwrócił uwagę, Weronika natychmiast zapomniała sen. Nigdy tak nie bolał ją brzuch, aż promieniowało do krzyża.
Leżała, wsłuchując się w ból. Zdawało się, że powoli ustępuje. Ostrożnie usiadła na łóżku, ale gdy tylko spróbowała wstać, ból znów przeszył jej podbrzusze. Krzyknęła i zsunęła się z łóżka na podłogę. Na kolanach doczołgała się do komody, gdzie zostawiła telefon na ładowarce.
Tak dzwoniła na pogotowie – klęcząc, opierając się jedną ręką o podłogę. „Muszę się uspokoić, zaraz przyjadą, powtarzała sobie Weronika. A drzwi? Trzeba przecież otworzyć drzwi!” Na kolanach podpełzła do przedpokoju. Ból pulsował, brzuch płonął ogniem.
Spróbowała wyprostować się, by odsunąć zasuwkę, ale ból uderzył z nową siłą. W oczach zakręciły się łzy. Oto, czego się boi samotność. Nie tego, że nie ma komu podać szklanki wody, ale tego, że nie ma komu otworzyć drzwi ratownikom. Weronika przygryzła wargę do krwi i spróbowała jeszcze raz. W końcu otworzyła drzwi i straciła przytomność.
Przez mgłę w głowie docierały do niej oderwane zdania, ktoś o coś pytał. Wydawało jej się, że nawet odpowiadała.
Ocknęła się na sali, przez okno raziło niskie jesienne słońce. Weronika drgnęła, odwracając się od oślepiających promieni, i natychmiast skrzywiła się z bólu pod mostkiem. Brzuch wydawał się duży i wzdęty, ale prawie nie bolał.
Jeszcze niedawno, gdy kolejny raz próbowała zerwać z Wiktorem, myślała, że lepiej umrzeć, niż tak żyć. Nie ma męża, nie ma dzieci. Nikogo nie ma. Po co żyć? A w nocy przestraszyła się, chwytała się życia. Zrozumiała, jak strasznie umierać tak nagle, w samotności.
— Obudziła się? Zaraz zawołam pielęgniarkę.
Weronika odwróciła głowę w stronę głosu i zobaczyła drugie łóżko, na którym leżała pulchna kobieta w nieokreślonym wieku, w flanelowym szlafroku w żółte kwiaty na niebieskim tle.
Wkrótce do sali weszła pielęgniarka.
— Jak się pani czuje? — spytała Weronikę.
Młoda, rumiana. A może tak się wydawało przez różową czepek?
— Dobrze — odparła Weronika. — A co ze mną?
— Zaraz przyjdzie lekarz i wszystko pani wyjaśni — powiedziała dziewczyna w różowej czapeczce i wyszła.
Weronika zauważyła gruby, jasny warkocz sięgający do pasa. Czy dziewczyny jeszcze noszą warkocze?
— Jesteś na ginekologii. Przywieźli cię tu dwie godziny temu. Spałaś jak kamień, dziewczyno — powiedziała sąsiadka.
Dziewczyno. Ostatnio coraz częściej nazywano ją kobietą albo obywatelką w sklepie czy autobusie. Weronika czuła się starą babą. A przecież jaka ona stara? Czterdzieści dwa lata. Może dlatego, gdy ktoś próbował ją swatać, machała ręką, mówiąc, że jej czas minął, że za późno, że nikogo nie potrzebuje. Dlatego próbowała rozstać się z Wiktorem, ale on wciąż do niej wracał.
— Jak się pani czuje? — Do sali wszedł lekarz koło pięćdziesiątki.
— Doktorze, co się stało? Dostawałam narkozę? Miałam operację? Czuję się, jakbym połknęła balon.
— Nowakowska, czekają na panią na opatrunkach — powiedział lekarz do sąsiadki.
Kobieta wstała, poprawiła szlafrok i niechętnie wyszła.
Weronika wdzięcznie spojrzała w zmęczone oczy doktora.
— Wykonaliśmy laparotomię. Miałaś ciążę pozamaciczną, pęknięcie jajowodu.
— Jak? — Weronika mało nie podskoczyła z łóżka. Mięśnie brzucha zareagowały bólem.
— Czemu się pani dziwi? — spytał lekarz.
— Mówiono mi, że jestem bezpłodna.
— To nie wyklucza ciąży pozamacicznej, ani nawet normalnej. Życie potrafi zaskoczyć. Niech pani u nas poleży parę dni.
— Mogę wstawać?
— Trzeba. Ale bez przesady — odparł lekarz i wyszedł.
Weronika próbowała przetrawić tę wiadomość. Mówili jej, że nie może mieć dzieci. Mąż przez to odszedł. Choć pewnie to było tylko wymówką dla jego zdrad. „Czy ja naprawdę mogę zajść w ciążę? O czym ja mówię? Mam czterdzieści dwa lata, za późno na dzieci — powstrzymała siebie. — Dlaczego od razu nie spytałam doktora?”
Weronika usiadła na łóżku, opuściła nogi. Na podłodze stały jej kapcie, na oparciu wisiał szlafrok. Pewnie zabrali go ratownicy. Bólu nie było, tylko mięśnie lekko ciągnęły od napięcia.
Narzuciła szlafrok, wsunęła stopy w kapcie i wstała. Lekko kręciło się w głowie. „Od narkozy”, domyśliła się. W kieszeni wyczuła ciężar. „Klucze do mieszkania. Dowód. To znaczy, że drzwi zamknęli.”
Nad umywalką nie było lustra. Weronika przygładziła włosy dłonią i wyszła na korytarz. Dotarła powoli do drzwi z napisem „Ordynatura”, ale były zamknięte, w zamku tkwił klucz z breloczkiem. Poszła dalej, do stanowiska pielęgniarek, spytać, kiedy przyjdzie doktor i jak się nazywa.
Zakręciło się jej w głowie, do gardła podchodziły mdłości. Usiadła na miękkiej ławce w małym holu, nie doszła do celu.
„Ciekawe, czy Wiktor ucieszyłby się, gdyby wiedział, że mogłam od niego zajść w ciążę?” Poznali się pięć lat temu. Od razu powiedział, że jest żonaty. Ożenił się późno. Małe dziecko.
Romans rozwijał się szybko i burzliwie. Weronika niczego nie oczekiwała. Wielokrotnie próbowała zerwać. On obrażał się, odchodził, ale potem wracał. Na początku obiecywał, że odejdzie od żony, gdy córka podrośnie, a żona wróci do pracy. Ale córka poszła do szkoły, a on nadal był z żoną. Weronika już niczego nie pytała. Za każdym razem mówiła sobie, że to ostatni raz, ale on przychodził, a ona wpuszczała go znowu.
Jej myśli przerwała rozmowa. Z holu nie widziała stanowiska pielęgniarek. I nie słuchała, dopóki nie usłyszała swojego nazwiska.
— WyobraźWeronika odwróciła się do niego, patrząc na jego zatroskaną twarz, i nagle zrozumiała, że najważniejsze jest to, co dzieje się teraz, a nie to, co mogłoby być.



