Sofa „Marzenie”

Sofa „Marzenie”

Krzysztof i Zosia spotykali się już dwa lata. Zosia zostawała na noc u Krzysztofa, gdy jego mama wyjeżdżała na działkę albo do przyjaciółki do Krakowa. Czekali i cenili sobie te krótkie chwile. Ale lato się skończyło. Wrzesień jeszcze cieszył ciepłym słońcem, jednak lada moment miały zacząć się deszcze. Mama przestała wyjeżdżać na każdy weekend. Teraz zostawało czekać, aż pojedzie do tej przyjaciółki. Ale to zdarzało się rzadko.

Zakochani posmutnieli.

— Krzysiu, nie kochasz mnie? Nie chcesz być ze mną na dobre i na złe? — Zosia delikatnie zasugerowała, że może już czas pomyśleć o ślubie.

Stali pod jej domem i od pół godziny nie mogli się rozstać.

— Skąd taki pomysł? — Krzysztof odsunął się nieco i zajrzał Zosi w oczy. — Już teraz bym cię poprowadził do urzędu stanu cywilnego, ale gdzie byśmy mieszkali? Wynajem to na razie za dużo dla mnie, ty jeszcze rok studiujesz. Chyba że zgodzisz się mieszkać z moją mamą. U twoich rodziców też nie ma miejsca. Macie małe mieszkanie. Poczekajmy trochę. Jak skończysz studia…

— Ale nie mogę już tak się z tobą żegnać każdego dnia, czekać, aż twoja mama gdzieś wyjedzie. Rodzice pytają, dlaczego nie oświadczasz mi się. — Zosia nabrała powietrza w płuca, ale zamiast westchnienia wydobył się szloch.

— Zosiu, obiecuję, że coś wymyślę. Bardzo cię kocham.

— Ja ciebie też — odparła cicho.

— Dobrze. Chodź — powiedział Krzysztof i stanowczo wziął ją za rękę.

— Gdzie?

— Do ciebie. Poproszę twoich rodziców o twoją rękę. Chyba że się rozmyśliłaś?

— Chodźmy! — zawołała uradowana Zosia.

Tak, trzymając się za ręce, weszli do mieszkania.

— Proszę, młodzieży — powiedziała mama, witając ich z uśmiechem.

Na kuchennym stole już stały cztery filiżanki i wazonik z ciasteczkami i cukierkami, jakby na nich czekano.

— Widziałam was przez okno. Pół godziny się żegnacie — uśmiechnęła się mama, łapiąc zdziwione spojrzenie Zosi. — Dość już waszego błąkania się po ulicach. Zima nadchodzi. Wiemy, gdzie sypiacie. — Przy tych słowach Zosia spuściła wzrok. — Ja i ojciec nie mamy nic przeciwko waszemu ślubowi.

— Do siebie nie zapraszamy. Rozumiemy, że nie chcecie mieszkać z rodzicami. U mnie w pracy kolega sprzedaje kawalerkę. Od razu pomyślałem o was. Więc… — dodał ojciec.

— Dziękuję, tato! — wykrzyknęła Zosia.

— Nie ciesz się za wcześnie. Krzysiek się na coś naburmuszył.

Krzysztof spojrzał prosto w oczy jej ojcu.

— Wy nie jesteście bogaci. Wstyd brać od was taki prezent. Jestem zdrowym, silnym facetem, sam zarobię na mieszkanie.

— Co tu się wstydzić? Kupimy je, nie ukradniemy — zauważył rozsądnie, choć trochę urażony, ojciec. — Komu mamy pomagać, jak nie dzieciom? Dostałem to mieszkanie od rodziców. Teraz nasza kolej, żeby wam pomóc stanąć na nogi. „Wstyd mu”. Zarobisz, kupisz większe, a na razie pomieszkacie w małym. I nie dla ciebie je kupuję, tylko dla córki, żeby była szczęśliwa. A szczęśliwa jest przy tobie. O, jaki sumienny. — Ojciec spojrzał czule na córkę, potem surowo na Krzysztofa.

Zosia ścisnęła pod stołem dłoń Krzysztofa — nie sprzeciwiaj się, dla mnie się zgodź.

— Dziękuję — odparł bez entuzjazmu.

Do ślubu zostało mniej niż tydzień. Kupiono białą suknię, rozesłano zaproszenia, zarezerwowano restaurację.

— Krzysiu, a w naszym mieszkaniu nie ma sofy. — Zosia już mówiła „nasze”. — Na czym będziemy spać? Na podłodze?

— O, nie. Sofę kupimy.

— A kiedy? — słusznie zauważyła.

Poszli więc do meblowego. Długo chodzili między rzędami sof różnych rozmiarów i kolorów. Zosia siadała na nich, nasłuchując wrażeń. W końcu spodobała jej się jedna, dość skromna. Usiadła, zamknęła oczy.

— Świetny wybór, młodzi państwo — odezwał się kobiecy głos.

Zosia otworzyła oczy i zobaczyła obok Krzysztofa uśmiechniętą sprzedawczynię.

— Widzę, że ta sofa się pani podoba. Bierzcie, nie pożałujecie. — Wymieniła zalety modelu. — Ostatni egzemplarz. Niech pan też spróbuje — zaproponowała Krzysztofowi.

Ten usiadł obok Zosi. Od razu przytuliła się, położyła głowę na jego ramieniu.

— Państwo młodzi? — spytała, choć widziała, że nie mają obrączek.

— Nie, ale za tydzień ślub — oznajmiła Zosia.

— Gratulacje. Świetny pomysł, by życie małżeńskie zacząć od zakupu sofy. Wygodnie wam?

— Tak. Nie chce się wstawać. A ile kosztuje?

Sprzedawczyni pokazała metkę na stoliku.

— Sofa „Marzenie” — przeczytała Zosia i oczy jej się zaokrągliły na widok ceny.

— Za marzenia zawsze się płaci — filozoficznie zauważyła.

— Ale… — zaczęła.

— Podoba ci się? — szepnął jej Krzysztof.

— Żartujesz? Najwygodniejsza ze wszystkich.

— Bierzemy — wyrwało się Krzysztofowi.

— Dobry wybór. Chodźmy do kasy.

Następnego dnia sofę dostarczono. Gdy tragarze wyszli, Zosia i Krzysztof usiedli na niej i zaczęli się całować.

W białej sukni Zosia wyglądała oszałamiająco. Krzysztof nie spuszczał z niej wzroku, nawet przy stole trzymał ją za rękę, jakby bał się, że ktoś ją zabierze.

— I co w niej widzisz? Zwykła dziewczyna, takich miliony. Są lepsze — zdziwił się jego przyjaciel i świadek.

— Nie potrzebuję lepszej. Jak się zakochasz, zrozumiesz — odparł.

— Nie, dziękuję. Jeszcze się nie urodziła ta, dla której dobrowolnie zrezygnuję z wolności.

— O czym tak rozprawiacie? Krzysiu, chodź — podeszła Zosia i zabrała nowożeńca.

Gratulowano im, każdy gość chciał przytulić i pocałować Zosię. Brali udział w konkursachI tak minęły kolejne lata, a sofę „Marzenie” w końcu zajęli ich wnukowie, którzy, podobnie jak dziadkowie, uwielbiali na niej przytulać się i opowiadać sobie historie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + 1 =

Sofa „Marzenie”