Dziś znów czuję, jakby świat przestał istnieć. Moje serce waliło, gdy słuchałam tych słów przez telefon.
„Babciu, opowiesz mi bajkę?” – zapytał sześcioletni Wojtuś, wtulając się głębiej w poduszkę.
„Tylko krótką. Już dawno czas spać, jutro nie wstaniesz do przedszkola.” – Zofia poprawiła kołdrę, gasząc główną lampę. Zostawiła tylko małą nocną, która rzucała ciepły blask na twarz wnuka.
„Nie wstanę, nie?” – szepnął, już półśnie.
Zofia wzięła książkę z półki, założyła okulary i usiadła na brzegu łóżka.
„Chodź leżeć ze mną…” – Wojtuś odsunął się, robiąc miejsce.
„Zasnę wtedy.” – Ale w jego oczach była taka prośba, że westchnęła i położyła się obok. Chłopiec przytulił się mocniej, a gdy zaczynała czytać, jego oddech powoli się wyrównywał.
Gdy upewniła się, że śpi, ostrożnie wstała i wyszła, zamykając drzwi bez hałasu.
W kuchni dotknęła czajnika – jeszcze ciepły. Nalala herbatę, ale po pierwszym łyku skrzywiła się. Zimna. Wylała resztę do zlewu i podeszła do okna. Za szybą panowała gęsta, nieprzenikniona ciemność.
Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Serce podskoczyło jej do gardła. Numer nieznany.
„Dzień dobry, major Nowak. Czy Katarzyna Wójcik jest Pani córką?” – głos był twardy, bezbarwny.
„Tak… Co się stało?”
„Proszę się nie martwić…”
„Jak się nie martwić?! Policja nie dzwoni bez powodu!” – Zofia przycisnęła dłoń do piersi, czując, jak serce łomoce nierówno.
„Katarzyna Wójcik była uczestniczką wypadku na drodze krajowej…”
Słowa zabrzmiały jak uderzenie. „Żyje?” – wykrztusiła.
„Tak, ale jest w śpiączce. Stan poważny.”
Gdzie? Kiedy? Jak? Pytania wirowały w głowie, ale usta odmawiały posłuszeństwa.
„Jechała na urodziny przyjaciółki…” – mówiła mechanicznie. „Obiecała wrócić przed dziewiątą…”
„Niech pani nie przyjeżdża teraz. Rano lekarz wszystko wyjaśni.”
Telefon zamilkł.
Zofia sięgnęła po krople nasercowe, ale ręce tak drżały, że wylała połowę buteleczki. Wypiła duszkiem, nie czując smaku.
„Panie Boże, chroń Kasię… Nie zostawiaj Wojtusia sierotą…” – przeżegnała się przed obrazkiem Matki Boskiej w kuchni.
Modliła się tak długo, aż oczy same się zamknęły.
„Babciu, wstawaj! Gdzie mama?” – Wojtuś potrząsał nią za ramię.
Zofia otworzyła oczy, a wspomnienie nocy spadło na nią jak kamień.
„Została u przyjaciółki…” – skłamała, choć wiedziała, że prawda wyjdzie na wierzch.
„Kłamiesz. Słyszałem, jak rozmawiałeś z policją.”
„Wojtusiu… mama jest w szpitalu.” – Przyciągnęła go mocno, by nie widział łez.
„Więcej nie kłam!” – chłopiec wyrywał się. „Ona umrze?”
„Nie. Lekarze pomagają. Pojedziemy do niej, dobrze?”
W szpitalnym korytarzu czuli się jak intruzi.
„Stan ciężki. Śpiączka.” – Lekarz mówił spokojnie, ale w jego oczach nie było nadziei.
„Może nasze głosy ją obudzą?” – Zofia błagała niemal.
Po chwili stali przy łóżku. Kasia wyglądała obco – bandaże, siniaki, rurki.
„Kochanie, jesteśmy tu…” – Zofia szeptała, a Wojtuś wcisnął swoją dłoń w bezwładną dłoń matki.
„Nagle… jej palce drgnęły!” – krzyknął.
Lekarze wpadli, odsunęli ich. Minęła wieczność, zanim drzwi się otwarły.
„Możecie wejść. Tylko cicho.”
Kasia patrzyła na nich. Z kącika oka spłynęła łza.
„Mama mnie słyszała…” – Wojtuś ściskał jej rękę. „Wiedziałem.”
Zofia nie mogła mówić. Modlitwa, strach, nadzieja – wszystko zbiegło się w tym jednym momencie.
Dni mijały. Kasia wracała powoli, jakby z dalekiej podróży.
A gdy pewnego wieczoru Wojtuś zasnął u jej boku, Zofia znów patrzyła w okno.
Tym razem ciemność nie wydawała się już tak groźna.



