**Dziennik Anny**
Wszystko przez ciebie, mamo
Anna smażyła kotlety, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Wyszła z kuchni, żeby otworzyć.
— Mamo, to do mnie — zatrzymał ją głos córki. — Ja otworzę.
— Dobrze. Nie wiedziałam…
— No i po co stoisz? Idź smażyć te swoje kotlety — burknęła córka, odwracając się od drzwi wejściowych.
— Dlaczego „swoje”? Kupiłam mięso w ubojni…
— Mamo, zamknij drzwi. — Córka przewróciła oczami.
— Mogłaś od razu tak powiedzieć. — Anna wróciła do kuchni, lekko przymykając za sobą drzwi.
Podeszła do kuchenki, zgasiła gaz pod patelnią. Po chwili wahania zdjęła fartuch i wyszła.
W przedpokoju córka nakładała kurtkę. Obok stał Krzysztof, przyjaciel Ewy, patrząc na nią rozmarzonym wzrokiem.
— Dzień dobry, Krzysztofie. Dokąd się wybieracie? Zostańcie na obiad.
— Dzień dobry — uśmiechnął się chłopak i spojrzał pytająco na Ewę.
— Śpieszymy się — odparła, nie patrząc na matkę.
— Może jednak zostaniecie? Wszystko gotowe — powtórzyła Anna.
Krzysztof się zawahał.
— Nie! — ostro przerwała córka. — Idziemy. — Wzięła go pod rękę i otworzyła drzwi. — Mamo, zamkniesz?
Anna podeszła do drzwi, ale nie zamknęła ich do końca, zostawiając szparę, by podsłuchać rozmowę na klatce.
— Dlaczego tak ostro do niej mówisz? Pachnie pysznie, nie odmówiłbym kotletów.
— Chodźmy. Przekąsimy w kawiarni. Mam dość jej kotletów — mruknęła Ewa.
— Jak można mieć ich dość? Uwielbiam kotlety twojej mamy, jadłbym je codziennie — powiedział Krzysztof.
Co odpowiedziała Ewa, Anna nie zrozumiała. Głosy na schodach cichły, oddalały się.
Zamknęła drzwi i weszła do pokoju. Mąż siedział przed telewizorem.
— Zbyszek, chodźmy na obiad, póki ciepłe.
— Co? No dobrze. — Wstał z kanapy, przeszedł obok Anny do kuchni, usiadł przy stole.
— Co dziś mamy? — zapytał tonem pełnym pretensji.
— Ryż z kotletami, sałatkę — odparła Anna, odkrywając patelnię.
— Ile razy mam mówić, że nie jem smażonych kotletów — warknął mąż.
— Dolałam wody, są prawie jak gotowane. — Anna zastygła przy kuchence z pokrywką w ręce.
— No dobra, daj. Ale ostatni raz.
— W naszym wieku odchudzanie nie jest zdrowe — zauważyła Anna, stawiając przed mężem talerz.
— W jakim „naszym wieku”? Mam tylko pięćdziesiąt siedem lat. To wiek mądrości i rozkwitu. — Mąż nabrał kotleta na widelec, odgryzł pół.
— Co się z wami dziś stało? Ewka uciekła, odmówiła obiadu, ty się wywyższasz. Jak przestanę gotować, zobaczymy, jak wam zasmakuje życie. Myślicie, że w kawiarni lepiej i zdrowiej?
— To nie gotuj. Tobie też by schudnąć nie zaszkodziło. Niedługo w drzwiach się nie zmieścisz. — Zbyszek dojadł kotleta sięgnął po drugiego.
— Tak? Więc uważasz, że jestem gruba? A ja głowę łamię, czemu nagle o siebie dbasz. Spodnie nowe, skórzana kurtka, czapka bejsbolówka. Głowę ogoliłeś, żeby łysinę ukryć. Dla kogo się tak stroisz? Na pewno nie dla mnie. Gruba jestem. A ty masz z kim porównywać? — spytała z goryczą.
— Daj mi w spokoju zjeść. — Zbyszek nabrał ryżu, ale nie doniósł do ust, opuścił widelec. — Podaj keczup — zażądał.
Anna wyjęła z lodówki butelkę keczupu, postawiła ją z hukiem przed mężem i wyszła w milczeniu. Jej talerz został nietknięty.
Zamknęła się w pokoju córki, usiadła na łóżku. Łzy napłynęły do oczu.
*Gotujesz, starasz się, a oni… Wszystko dla nich robisz, a w zamian zero wdzięczności. Mąż się odmładza, patrzy na inne. Dla niego jestem gruba. Córka traktuje mnie jak służącą.*
*Jak jestem na emeryturze, to można mną pomiatać? Pracowałabym, gdyby mnie nie zwolnili. Doświadczeni pracownicy już niepotrzebni, tylko młodzi. A co oni wiedzą?..*
*Wstaję najwcześniej, choć nie pracuję, żeby śniadanie przygotować. Cały dzień w biegu, nawet się położyć nie ma kiedy. Sama sobie winna, rozpuściłam ich. Więc teraz usiedli mi na karku i bujają się, jak im wygodnie.* — Łzy stoczyły się po policzkach, zostawiając mokre ślady. Anna stłumiłWówczas Anna uśmiechnęła się lekko, patrząc na swoją rodzinę, i postanowiła, że od teraz będzie dbać nie tylko o nich, ale i o siebie, bo szczęście zaczyna się od własnego serca.



