To ty jesteś winna, mamo

**Dziennik mężczyzny**

Gdy Halina smażyła kotlety, zadzwonił dzwonek do drzwi. Wyszła z kuchni, żeby otworzyć.

„Mamo, to do mnie” – zatrzymał ją po drodze głos córki. „Ja otworzę.”

„Dobrze. Nie wiedziałam…”

„No i po co stoisz? Idź smażyć swoje kotlety” – odparła zirytowana Kasia, odwracając się od drzwi wejściowych.

„Dlaczego *swoje*? Kupiłam mielone w sklepie…”

„Mamo, zamknij drzwi.” – Córka przewróciła oczami.

„Od razu można było tak powiedzieć.” – Halina wróciła do kuchni, lekko zatrzaskując drzwi. Podeszła do kuchenki, zgasiła gaz. Po chwili zdjęła fartuch i wyszła.

W przedpokoju Kasia nakładała kurtkę. Obok stał Wojtek, jej chłopak, wpatrzony w nią z uwielbieniem.

„Dzień dobry, Wojtku. Dokąd się wybieracie? Zostalibyście na obiad.”

„Dzień dobry” – uśmiechnął się chłopak, pytająco spoglądając na Kasię.

„Śpieszy nam się” – odparła, nawet nie patrząc na matkę.

„Może jednak zjecie? Wszystko gotowe” – powtórzyła Halina.
Wojtek zawahał się.

„Nie!” – ostro przerwała córka. „Idziemy.” – Wzięła go pod rękę, otworzyła drzwi. „Mamo, zamkniesz?”

Halina podeszła, ale nie zatrzasnęła drzwi do końca, zostawiając szparę. Usłyszała rozmowę na klatce.

„Czemu tak do niej mówisz? Pachnie pysznie, nie odmówiłbym kotletów.”

„Chodźmy. Coś zjemy w knajpie. Mam dość jej kotletów.” – mruknęła Kasia.

„Jak mogą się znudzić? Uwielbiam kotlety twojej mamy, mógłbym je jeść codziennie” – powiedział Wojtek.

Halina nie dosłyszała odpowiedzi. Głosy ucichły, oddalając się.

Zamknęła drzwi i weszła do pokoju. Mąż siedział przed telewizorem.

„Marek, chodźmy na obiad, póki gorące.”

„Hę? No dobra.” – Wstał z kanapy, przeszedł obok żony do kuchni, usiadł przy stole.

„Co dziś mamy?” – zapytał stanowczo.

„Ryż z kotletami, sałatkę.” – Halina odkryła patelnię.

„Ile razy mam mówić, że nie jem smażonych kotletów?” – burknął.

„Dodałam wody, są prawie gotowane na parze.” – Zastygła z pokrywką w ręce.

„Dobra, dawaj. Ale ostatni raz.”

„W naszym wieku odchudzanie szkodzi” – zauważyła, stawiając przed nim talerz.

„W jakim to *naszym* wieku? Mam tylko pięćdziesiąt siedem. To wiek mądrości i rozkwitu.” – Wbił widelec w kotlet, odgryzł połowę.

„Co się dziś z wami dzieje? Kasia uciekła, ty się wymądrzasz. Może przestanę gotować, zobaczymy, jak wam się spodoba. Myślicie, że w knajpie jedzą lepiej?”

„No to nie gotuj. Tobie też by nie zaszkodziło schudnąć. Niedługo drzwiami nie przejdziesz.” – Marek dojadł kotleta, sięgnął po drugiego.

„Tak? Więc jestem gruba? A ja się głowiłam, czemu nagle dbasz o wygląd. Spodnie, skórzana kurtka, czapka baseballowa. Ogoliłeś głowę, żeby łysiny nie było. Dla kogo się stroisz? Na pewno nie dla mnie. Gruba jestem. To masz kogoś, z kim mnie porównujesz?” – spytała obrażona.

„Daj mi spokojnie zjeść.” – Marek nabrał ryż, ale nie doniósł do ust. „Podaj keczup” – rzucił rozkazująco.

Halina wyjęła butelkę z lodówki, postawiła przed nim z impetem i wyszła w milczeniu. Jej talerz został nietknięty.

Zamknęła się w pokoju córki, usiadła na łóżku. Łzy napłynęły do oczu.

*„Gotujesz, starasz się, a oni… Wszystko dla nich, a w zamian zero wdzięczności.* *Mąż się odmładza, patrzy na boki. Dla niego jestem gruba. Córka traktuje mnie jak służącą.*

*Jeśli jestem na emeryturze, to można mną pomiatać? Pracowałabym, gdyby nie zwolnili. Doświadczeni pracownicy niepotrzebni, tylko młodzi. A co oni potrafią?*

*Wstaję najwcześniej, choć nie pracuję, żeby zrobić śniadanie. Cały dzień w biegu, nawet się położyć nie ma kiedy. Sama sobie winna, rozpuściłam ich. A teraz siedzą mi na karku.”*

Łzy spłynęły po policzkach. Halina przetarła twarz dłońmi.

Zawsze myślała, że mają dobrą rodzinę. Nie idealną, ale nie gorszą niż inni. Córka studiuje, mąż nie pije, zarabia. W domu czysto, smacznie. Czego mu brakuje?

Podeszła do lustra, przyjrzała się. *„Przytyłam, ale nie jestem gruba. Za to zmarszczki mniej widoczne na okrągłej twarzy. Zawsze lubiłam dobrze zjeść. Gotuję nieźle. A im się to nie podoba. Kiedy pracowałam, układałam włosy. Teraz tylko spięte, żeby nie przeszkadzały. Wygodniej. Mam sprzątać na obcasach? Chociaż schudnąć bym mogła. I włosy odświeżyć.”*

Nazajutrz Halina nie wstała pierwsza, jak zwykle. Leżała, udając, że śpi. *„Jestem emerytką, mam prawo pospać. Niech sami sobie śniadanie robią.”*

Zadzwonił budzik. Przewróciła się na bok.

„Co, chora jesteś?” – spytał Marek. W głosie zero współczucia.

„Mhm.” – Wtuliła twarz w kołdrę.

„Mamo, źle się czujesz?” – Kasia stanęła w drzwiach.

„Tak, zjedzcie sami” – wyszeptała Halina spod kołdry.

Córka prychnęła i wyszła. Halina słyszała, jak nastawia czajnik, trzaska lodówka, słychać stłumione głosy. Nie odkrywała się, postanowiła grać chorą do końca.

Marek wszedł, niosąc zapach drogiej wody po goleniu. To ona mu ją kupiła. Wkrótce oboje wyszli. Zapanowała cisza. Halina odsunęła kołdrę, ale nie wstała, przymknęła oczy i zasnęła.

Obudziła się po godzinie, przeciągnęła i poszła do kuchni. W zlewie brudne kubki, stół zasypany okruchami. Już miała sprzątać, ale się rozmyśliła. *„Nie jestem służącą.”* Wzięła prysznic, zadzwoniła do”Po kilku dniach wróciła do domu, gdzie Marek i Kasia, przekonani, że musieli na nowo nauczyć się doceniać jej obecność, przywitali ją z serdecznością, której dawno nie okazywali, i od tamtej pory Halina już nigdy nie pozwoliła im traktować siebie jak niewidzialną siłę roboczą.”

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 − 10 =

To ty jesteś winna, mamo