Czy to mój syn?

Kasia wbiegła na drugie piętro biura, mijając puste korytarze i ciesząc się, że nikogo nie spotkała. Nie miała ochoty na współczujące spojrzenia ani dociekliwe pytania. Szybko schowała się w swoim gabinecie.

– Kasiu, nareszcie! – ucieszyła się Grażyna Zawadzka, jej współpracownica. – U nas rewolucja! Jan Kowalski poszedł na emeryturę, a na jego miejsce przyszedł nowy dyrektor. Młody, ale twardy. Wszystkich emerytów wypycha na zbity pysk. Boję się, że i moja kolej niedługo nadejdzie. Jak Staś, mam nadzieję, że lepiej?

Kasia usiadła przy biurku, rozglądając się po gabinecie. Czuła, że Grażyna wpatruje się w nią, czekając na odpowiedź.

– Daj spokój, Grażyno. Jak wszystkich zwolni, to kto tu będzie pracował? Prędzej mnie wyrzuci, bo ciągle biorę zwolnienia przez Stasia. Potrzebuje przeszczepu szpiku, a ja nie mam pieniędzy. Fundacje charytatywne, kolejki… A lekarze mówią, że trzeba działać szybko. I jeszcze znaleźć dawcę. Ja nie pasuję, a mama już w takim wieku…

– Boże, za co biednemu dziecku taka kara?! – szczerze współczuła Grażyna. – A ojca Stasia nie próbowałaś odszukać?

– Nawet jeśli znajdę, to co? Nie wiem, czy się zgodzi. To nie jest prosta sprawa. I w ogóle, czy uwierzy, że Staś…

W tej chwili drzwi się otworzyły, a do gabinetu weszła Ania z kadr. Obie kobiety odwróciły się w jej stronę, na ich twarzach malowało się zaniepokojenie.

– Mówili, że wróciłaś. Kasio, wiem, że masz ciężko, ale zarządzenie… – zawahała się.

– Mów – powiedziała Kasia, myśląc w duchu: „No i się zaczęło”.

Ania spuściła wzrok, spoglądając na Grażynę, jakby szukała u niej wsparcia.

– Co, nowy dyrektor postanowił i mnie wyrzucić? Nie ma mowy! – Kasia zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że omal nie przewróciła Ani, która nie zdążyła się odsunąć, i ruszyła w stronę drzwi.

Ania coś krzyknęła za nią, ale stukot obcasów Kasi już milkł na korytarzu. Spóźnieni pracownicy witali się, ale ona nikogo nie widziała. „Nie ma mowy. Niech tylko spróbuje. Nie ma prawa…” – powtarzała w myślach.

Weszła do sekretariatu i zatrzymała się, widząc za biurkiem młodą dziewczynę, która wyglądała, jakby właśnie zeszła z okładki „Vivy”. Świeża, uśmiechnięta, z kokieteryjnie rozpiętą bluzką.

– A gdzie pani Irena? – spytała Kasia.

Dziewczyna otworzyła usta, pokazując idealnie białe zęby. Ale Kasia nie czekała na odpowiedź, podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę.

– Gdzie pani?! Tam narada! – Sekretarka z zaskakującą zwinnością znalazła się przy Kasi, ale ta już otworzyła drzwi.

Kasia pierwsza przekroczyła próg gabinetu i zamarła. Glamourzysta sekretarka wśliznęła się przed nią.

– To nie moja wina, panie dyrektorze! Ona wpadła… – zaczęła piszczeć.

– Dobrze, Leno, może pani wyjść – przerwał jej dyrektor. I Lena zniknęła za drzwiami. – Słucham panią. – Dyrektor zmierzył Kasię badawczym spojrzeniem.

Poznała go, choć minęło ponad dwanaście lat od ich ostatniego spotkania. I od razu zrozumiała, że on jej nie rozpoznaje. Na moment poczuła urazę, potem zakłopotanie. A potem pomyślała, że może to i lepiej.

– Niech pani wejdzie, proszę usiąść. – Dyrektor wskazał na krzesła przy stole.
Kasia podeszła do biurka, ale nie usiadła.

– Jestem Katarzyna Nowak z marketingu. – Wymieniła pełne imię i nazwisko, licząc, że może jednak przypomni ją sobie. – Jakim prawem pan mnie zwalnia? Mój syn jest chory, muszę z nim jeździć do szpitala. Jan Kowalski to rozumiał, pomagał finansowo. Pracowałam zdalnie…

Młody dyrektor bezceremonialnie przyglądał się Kasi, opierając się wygodnie w skórzanym fotelu. Ona się speszyła, zamilkła. „A Kowalski miał zwykłe krzesło…” – pomyślała ze złością na siebie.

– Mówiono mi, że córka pani choruje. Współczuję, ale pani ciągle nie ma w pracy. Ktoś musi za panią pracować. To fair? – mówił tonem mentora, jakby miał do czynienia z niesforną uczennicą.

– Syn – poprawiła go Kasia.

– Słucham?

– Mam syna, nie córkę – powtórzyła. – Jest bardzo chory. Jeśli mnie pan zwolni, nie będziemy mieli z czego żyć. – Choć Kasia się trzymała, w głosie zadrżały łzy.

– Ma pan dzieci? Matkę? Gdyby zachorowali, pan by spokojnie przychodził do pracy, czy starał się im pomóc? – Kasia spojrzała mu prosto w oczy.

– Co mu jest? – spytał dyrektor bez emocji.

– Białaczka. Wie pan, co to jest? – rzuciła wyzywająco, a głos znowu się załamał.

– Powiedz mi, czy my się znamy? Wydajesz mi się znajoma. – Patrzył, czekając na odpowiedź.
Kasia nie była gotowa na to pytanie. Zastanawiała się gorączkowo, co odpowiedzieć, ale milczenie przeciągało się niebezpiecznie.

– Ja… Studiowaliśmy razem, równoległe grupy. Pamięta pan, Sylwester? Byłam u koleżanki w akademiku… Grał pan na gitarze, potem… – Kasia się zaczerwieniła i spuściła wzrok.

– Kasia?

„W końcu. Chyba mnie rozpoznał. I co było potem?” – pomyślała z ironią.

– Nie poznałem, wybacz. – Przeszedł na „ty”. – Jak mogę ci pomóc?

– Nie zwalniaj mnie. Synowi potrzeba przeszczepu. Nie wiem już, co robić. – Kasia zakryła twarz dłońmi, ukrywając łzy.

– Męża, jak rozumiem, nie ma – stwierdził Paweł.

Kasia odjęła dłonie od twarzy i wyprostowała się. Patrzyli na siebie przez chwilę. Wreszcie Paweł wstał, obszedł biurko i podszedł do niej.

– Powiedz, to mój syn?

– Nie – odpowiedziała szybko.
Ostatnie, czego potrzebowała, to żeby pomyślał, że chce go zmanipulować, przypisać mu dziecko, o którego istnieniu nie miał pojęcia.

– A gdzie jego ojciec?

– Co za różnica? Mogę iść? – Kasia już się opanowała i wstała.

– Pomyślę, jak ci pomóc – krI wtedy Staś, który stał za drzwiami, uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu miesięcy, bo zrozumiał, że jego życie w końcu się odmienia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery + 6 =

Czy to mój syn?