*Pamiętnik, 12 maja*
Siedziałem długo, wpatrzony w telefon. Zwlekałem, jak zwykle. W końcu wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem przycisk wybierania. Jeden sygnał, drugi… „Nie, nie dam rady”,— warknąłem w duchu, gotów rozłączyć się, gdy nagle usłyszałem w słuchawce głos Michała:
— Hej, stary! Gdzie się podziewałeś?
— Cześć. Sprawy, wiesz… Zawaliło się.
— Wszystko gra? Potrzebjesz pomocy? — Michał od razu się ożywił.
— Nie, wszystko w porządku. U was jak?
— U nas też spoko. Tylko ta nasza Kasia… Zakochała, wyobrażasz? Raz płacze, raz tańczy. Raz nie wygonić z domu, raz znika do nocy. I oczywiście milczy jak grób. A ty? Wciąż nie ożeniony?
Przełknąłem ślinę, jak przed skokiem z mostu. No i jest—to niezręczne pytanie.
— Nie, ale się zbieram — wymamrotałem nagle ochrypłym głosem.
— Naprawdę znalazła się ta jedna, która złamała serce wiecznego kawalera? No w końcu, stary, najwyższy czas. Tylko nie zapomnij nas zaprosić. Obrażę się, jeśli olejesz.
— Jasne. Bez was ani rusz.
— A do nas nie wpadniesz?
Tego się bałem. Wychodzę na prostą.
— Właśnie… w sumie jestem w mieście. Od jakiegoś czasu.
— Co?! Dlaczego się nie odezwałeś, stary? W hotelu siedzisz? Danusia by cię zlinczowała. Kiedy do nas?
— Hej, zwolnij! Nie nadążam — zaśmiałem się nerwowo. — Wpadnę któregoś dnia.
Przyjechałem pół roku temu. Michał nie musiał o tym wiedzieć. Kupowałem mieszkanie, urządzałem, szukałem pracy, a do tego ojciec chorował. A przede wszystkim—nie chciałem się pokazywać za wcześnie przez Kasię.
— Żadne „któregoś dnia”. Słyszysz? Znam cię. Dzisiaj, w tej chwili — naciskał Michał.
— Dziś już późno. Jutro — obiecałem.
— Pamiętaj, czekamy. Pójdę powiedzieć Danusi.
No i po ptakach. Pierwszy krok zrobiony. Gdyby Michał wiedział, jakiego mu zgotowałem numer, pewnie nie cieszyłby się tak naiwnie. Kasia mogłaby być ze mnie szczerze dumna. A ja? Zachowuję się jak tchórzliwy dzieciak, który boi się poznania rodziców dziewczyny. „A Kasia—dzielna, nawet się nie wygadała. Szok, pamiętam ją jako malutką w pieluchach, a teraz chcę ją poślubić.”
Ale od początku…
***
Znaliśmy się od pierwszego roku studiów—Michał, ja i Danusia. Obaj zakochaliśmy się w tej pięknej, bystrej dziewczynie. Wielu się podobała, ale nikt nie mógł równać się z nami. O nią się kłóciliśmy, nikt nie chciał ustąpić. Jeśli Danusia domyślała się naszych uczuć, to udawała, że nie widzi, traktując nas jednakowo. I trzeba jej oddać sprawiedliwość—nigdy tego nie wykorzystała.
Byliśmy wściekli, niemal doszło do bójki. W końcu ustaliliśmy: jeśli wybierze któregoś z nas (lub kogoś innego), drugi się nie wtrąci. Ale każdy ciągnął Danusię na swoją stronę. Ona jednak trzymała dystans. Pozostało nam czekać.
A pod koniec trzeciego roku Danusia nagle zaczęła okazywać mi zainteresowanie. Napawałem się dumą. Michał wariował z rozpaczliwej miłości, ale słowa się liczą. Wycofał się tak bardzo, że przestał nawet chodzić na zajęcia, by nas nie widzieć.
Kupiłem flaszkę wiśniówki i poszedłem do niego. Cały wieczór piliśmy i gadaliśmy. Pod koniec zrozumiałem—nie kocham Danusi tak, jak on. On naprawdę nie mógł bez niej żyć.
Rozwiązałem to prosto—udawałem, że wkręciłem się w inną. Danusia oczywiście wpadła w szał, płakała, oskarżała mnie o zdradę. Jak przewidziałem, pociechę znalazła u Michałka.
A on kochał ją tak bezgranicznie, że wkrótce i ona odwzajemniła to uczucie. Zazdrościłem? Pewnie. Miłość nie znika od razu. Ale wiedziałem, że z Michałem będzie szczęśliwsza. Nigdy nie żałowałem tej decyzji. Ani on, ani Danusia nie domyślali się, jaką rolę odegrałem w ich związku.
Pobrali się zaraz po obronie. Byłem ich świadkiem. Dziewięć miesięcy później Danusia urodziła córeczkę. Razem z Michałkiem pojechaliśmy po nie do szpitala, obaj w kwiatach. Położna zawahała się, komu wręczyć różowy zawiniak, aż w końcu Michał wziął dziecko—i od razu podał je mnie.
— Weź, bo upuszczę, za bardzo się trzęsę — wyszeptał.
Wziąłem. Wśród koronek ujrzałem różowe ustka, nosek jak guziczek i aksamitne policzki. Serce zabiło tak mocno, że łzy stanęły mi w oczach. *Mogła być moja* — pomyślałem.
Kilka dni później wyjechałem. Najpierw do Torunia, potem na północ. Na wakacje wpadałem do nich. Kasia rosła, stając się kopią matki. Z chudzielca z kucykami zmieniła się w zgrabną dziewczynę. Zajrzała we mnie tęsknota za ich szczęściem. A mnie wciąż nie udało się spotkać tej jedynej. Były kobiety, ale do ołtarza nie doszło.
***
Zawsze traktowałem Kasię szczególnie. Może przez tamtą chwilę w szpitalu, gdy serce wypełniło się miłością na widok tego małego cudu. Gdy ostatnio przyjechałem, uderzyło mnie, jak bardzo dojrzała. Tak bardzo przypominała Danusię… Tylko teraz, gdy przychodziłem, nie biegła z radością, nie całowała w policzek. Myślałem, że to przez wiek.
Wakacje minęły za szybko. Rodzice się starzeli, chorowali, i coraz poważniej myślałem o powrocie do rodzinnego miasta. Pożegnaliśmy się w domu, bo wyjeżdżałem wczesnym pociągiem do Warszawy, a stamtąd samolotem do Gdańska.
W wagonie było pusto. Usiadłem przy oknie, zamknąłem oczy, licząc na drzemkę. Nagle poczułem czyjś wzrok. Otworzyłem oczy—i zobaczyłem przed sobą Kasię. Sen jak ręką odjął.
— Co ty tu robisz? — spytałem osłupiały.
— Odprowadzam cię. Wiem, że mnie nie traktujesz poważnie, ale muszę powiedzieć… Kocham cię.
— Ja też cię kocham. Od pierwszej chwili. Jak córkę moich przyjaciół — odpowiedziałem chłodno. — Rodzice nie wiedzą, że tu jesteś, już pewnie dzwonią. Nie mogę cię odprowadzić,W końcu zrozumiałem, że miłość nie pyta o wiek ani logikę – po prostu jest, i jedyne, co mogę zrobić, to poddać się jej, nie oglądając się wstecz.



