Czy to mój syn?

**Dziennik osobisty**

Wspięłam się na drugie piętro biura, ciesząc się, że nie spotkałam po drodze żadnych współpracowników. Nie miałam ochoty widzieć ich współczujących spojrzeń ani odpowiadać na pytania. Szybko schowałam się w swoim gabinecie.

— Weroniko, nareszcie! — ucieszyła się Barbara Stanisławówna, z którą pracowałam od lat. — A u nas takie zamieszanie! Jan Kowalski przeszedł na emeryturę, a na jego miejsce przyszedł nowy dyrektor. Młody, ale twardy. Wszystkich emerytów od razu wypycha na emeryturę. Boję się, że i moja kolej niedługo nadejdzie. Jak Marek? Mam nadzieję, że lepiej?

Usiadłam przy biurku, rozglądając się po pokoju. Czułam, że Barbara Stanisławówna wpatruje się we mnie, czekając na odpowiedź.

— Dajcie spokój, Barbara Stanisławówna. Jak wszystkich zwolni, to kto tu będzie pracował? Pewnie mnie pierwszą wyrzucą, bo ciągle jestem na zwolnieniach z powodu Marka. Potrzebuje przeszczepu szpiku, a na operację brakuje pieniędzy. Zgłosiłam się do fundacji, ale tam też kolejki. A lekarze mówią, że trzeba działać szybko. Do tego potrzebny jest dawca. Ja nie pasuję, a mama jest już w takim wieku…

— Boże, za co temu biednemu dzieciakowi takie cierpienie?! — szczerze współczuła Barbara. — A ojca Marka nie próbowałaś odnaleźć?

— Nawet jeśli znajdę, to co? Nie wiem, czy zgodziłby się być dawcą. To nie jest prosta procedura. No i pewnie nie uwierzyłby, że Marek…

W tej chwili drzwi się otworzyły i do gabinetu weszła Ania z kadr. Obie spojrzałyśmy na nią, a na naszych twarzach zamarł niepokój.

— Powiedziano mi, że wróciłaś do pracy. Weroniko, rozumiem, że masz trudną sytuację, ale zarządzenie… — zawahała się.

— Mów — powiedziałam, myśląc równocześnie: „No i po ptokach”.

Ania spuściła wzrok, szukając wsparcia u Barbary.

— Co, nowy dyrektor postanowił i mnie wyrzucić? Nie ma mowy. — Zerwałam się tak gwałtownie, że omal nie przewróciłam Ani, która nie zdążyła odskoczyć, i ruszyłam w kierunku drzwi.

Ania coś krzyknęła za mną, ale odgłos moich obcasów już cichł na korytarzu. Późniejsi pracownicy witali mnie, ale ja nikogo nie zauważałam. „Nie ma mowy. Niech tylko spróbuje. Nie ma prawa…” — powtarzałam w myślach.

Weszłam do sekretariatu i zatrzymałam się, widząc za biurkiem młodą dziewczynę, jakby życę wziętą z okładki modnego magazynu. Świeża, wypielęgnowana, górne guziki białej bluzki kokieteryjnie rozpięte.

— Gdańska jest Irena? — zapytałam.

Dziewczyna otworzyła usta, ukazując idealnie białe zęby. Ale nie czekałam na odpowiedź, podeszłam do drzwi i złapałam za klamkę.

— Co pani robi? Tam jest narada! — Sekretarka z zadziwiającą zwinnością znalazła się przy mnie, ale ja już otworzyłam drzwi.

Weszłam pierwsza i stanęłam jak wryta. „Glammorowa” sekretarka przecisnęła się obok.

— To nie moja wina, panie dyrektorze! Wdarła się… — zaczęła gadać cieniutkim głosikiem.

— Dobrze, Kasiu, możesz iść — przerwał jej dyrektor. I Kasia momentalnie zniknęła. — Słucham pani. — Dyrektor przyglądał mi się badawczo.

Poznałam go, choć minęło już ponad dwanaście lat od naszej ostatniej rozmowy. I od razu zrozumiałam, że on mnie nie rozpoznaje. Na początku poczułam urazę, zmieszanie. Ale potem pomyślałam, że może to i lepiej.

— Proszę wejść, usiąść. — Tomasz Michałowicz wskazał ręką na krzesła wzdłuż stołu.

Podeszłam do biurka, ale nie usiadłam.

— Nazywam się Weronika Andrzejewska, pracuję w marketingu. — Wymieniłam pełne imię i nazwisko, mając nadzieję, że przypomni sobie. — Jakim prawem chce mnie pan zwolnić? Mam chorego syna, muszę z nim jeździć do szpitala. Jan Kowalski rozumiał, nawet finansowo pomagał. Pracowałam zdalnie…

Młody dyrektor bezceremonialnie mi się przyglądał, odchylony w skórzanym fotelu. Zmieszałam się, straciłam wątek i zamilkłam. „A Kowalski miał zwykłe krzesło” — pomyślałam ze złością na siebie.

— Mówiono mi, że córka pani choruje. Współczuję, ale ciągle pani nie ma w pracy. Ktoś musi za panią pracować. Czy to sprawiedliwe? — pouczał mnie, jak nieposłuszną uczennicę.

— Syn — poprawiłam go.

— Słucham?

— Mam syna, nie córkę — powtórzyłam. — Jest bardzo chory. Jeśli pan mnie zwolni, nie będziemy mieli z czego żyć. — Choć starałam się powstrzymać, głos mi zadrżał od ledwo powstrzymywanych łez. Brzmiał żałośnie, błagająco.

— Ma pan dzieci? Matkę? Gdyby zachorowali, spokojnie przychodziłby pan do pracy, czy próbowałby im pomóc? — Wzięłam się w garść i spojrzałam mu prosto w oczy.

— Co dolega pani synowi? — zapytał bez emocji.

— Białaczka. Wie pan, co to jest? — rzuciłam wyzywająco, ale głos znowu mi się załamał.

— Powiedz mi, czy my się już nie widzieliśmy? Twarz wydaje mi się znajoma. — Patrzył, czekając na odpowiedź.

Nie byłam gotowa na takie pytanie. Gorączkowo zastanawiałam się, co powiedzieć, ale cisza przeciągała się niebezpiecznie. Mógł po prostu wyrzucić mnie z gabinetu.

— My… studiowaliśmy razem, w równoległych grupach. Pamięta pan, Sylwester? Poszłam do koleżki w akademiku… Grał pan na gitarze, potem… — Zaczęłam się rumienić i spuściłam wzrok.

— Weronika?

„Nareszcie. Chyba mnie pamięta. A co było potem?..” — pomyślałam z goryczą.

— Nie poznałem, przepraszam. — Przeszedł na „ty”. — Jak mogę ci pomóc?

— Niech mnie pan nie zwalnia. Synowi potrzebny jest przeszczep szpiku. Po prostu nie wiem, co robić. — Zakryłam twarz dłońmi, starając się ukryć łzy, których nie chciałam pokazywać.

— Męża, jak rozumiem, nie ma — stwierdził Tomasz.

Odsunęłam dłonie od twarzy i wyprostowałam się. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Wstał, obszedł biurko i podszedł do mnie.

— Powiedz, to mój syn?

—— Nie, — szybko odpowiedziałam, bo przecież nie chciałam, żeby pomyślał, że próbuję go naciągnąć na ojcostwo, które przez tyle lat go nie interesowało.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzynaście + 3 =

Czy to mój syn?