Czy to naprawdę mój syn?

Danuta weszła na drugie piętro biura, nie spotykając po drodze żadnego z współpracowników, i była temu rada. Nie miała ochoty widzieć współczujących spojrzeń ani odpowiadać na pytania. Szybko schroniła się w swoim gabinecie.

– Danusiu, nareszcie – ucieszyła się Halina Stanisławówna, z którą Danuta pracowała w tym samym zespole. – A u nas tu się dzieje! Jan Władysławowicz poszedł na emeryturę, a na jego miejsce przyszedł nowy dyrektor. Młody, ale surowy. Wszystkich emerytów wypycha na emeryturę. Boję się, że i mnie wkrótce dogoni. Jak Staś, mam nadzieję, że lepiej?

Danuta usiadła przy swoim biurku, rozglądając się po gabinecie. Czuła, że Halina Stanisławówna patrzy na nią, czekając.

– Daj spokój, Halino Stanisławówno. Jeśli wszystkich zwolni, to kto tu będzie pracować? Prędzej mnie wyrzucą, bo ciągle jestem na L4 przez Stasia. On potrzebuje przeszczepu szpiku. Na operację trzeba pieniędzy, a ja ich nie mam. Zgłosiłam się do fundacji, ale tam też kolejka. A lekarze mówią, że trzeba szybko działać. Do tego jeszcze trzeba znaleźć dawcę. Ja nie pasuję, a mama już w takim wieku…

– Boże, za co ten biedny chłopak musi cierpieć? – szczerze współczuła Halina Stanisławówna. – A ojca Stasia nie próbowałaś odszukać?

– A znajdę i co? Nie jestem pewna, czy zgodzi się zostać dawcą. To nie jest bezpieczne. Poza tym i tak nie uwierzy, że Staś…

W tej chwili drzwi się otworzyły i do gabinetu weszła Alina z kadr. Obie kobiety odwróciły głowy, a na ich twarzach zastygł niepokój.

– Mówili mi, że wróciłaś do pracy. Danusiu, wiem, że i tak masz ciężko, ale zarządzenie… – zawahała się.

– Mów – powiedziała Danuta, a w myślach pomyślała: „No i zaczęło się”.

Alina spuściła wzrok, spojrzała na Halinę Stanisławównę, jakby szukała u niej wsparcia.

– Co, nowy dyrektor postanowił i mnie wyrzucić? Nie ma mowy. – Danuta tak gwałtownie zerwała się z krzesła, że omal nie przewróciła Aliny, która nie zdążyła się odsunąć, i ruszyła w stronę drzwi.

Alina coś zawołała za nią, ale stukot butów Danuty już cichł na korytarzu. Mijający ją spóźnieni pracownicy mówili „dzień dobry”, ale ona nikogo nie zauważała. „Nie ma mowy. Niech tylko spróbuje. Nie ma prawa…” – wściekle powtarzała w myślach.

Weszła do sekretariatu i zatrzymała się, widząc przy biurku młodą dziewczynę, jakby żywcem zerwaną z okładki kolorowego magazynu. Świeża, wypielęgnowana, z kokieteryjnie rozpiętymi górnymi guzikami białej koszuli.

– A gdzie Irena Bronisławówna? – zapytała Danuta.

Dziewczyna otworzyła usta, ukazując idealne, śnieżnobiałe zęby. Ale Danuta nie czekała na odpowiedź, podeszła do drzwi i złapała za klamkę.

– Pani dokąd? Tam nie wolno! Trwa narada! – Sekretarka z zadziwiającą zwinnością znalazła się obok Danuty, ale ta już otwierała drzwi.

Danuta pierwsza przekroczyła próg gabinetu dyrektora i zastygła w miejscu. Wytworna sekretarka natychmiast wślizgnęła się przed nią.

– To nie moja wina, Pawle Kazimierzowiczu! Ona wdarła się… – zaczęła piszczeć dziewczyna.

– Dobrze, Elżuniu, może pani iść – przerwał jej dyrektor. I wytworna Elżunia natychmiast zniknęła za drzwiami. – Słucham pani. – Dyrektor oceniająco spojrzał na Danutę.

Poznała go, choć minęło już ponad dwanaście lat od ich ostatniego spotkania. I od razu zrozumiała, że on jej nie rozpoznał. Na początku poczuła urazę, zmieszanie. A potem pomyślała, że może to i lepiej.

– Proszę wejść, usiąść. Słucham – wskazał ręką na rząd krzeseł przy stole.
Danuta podeszła do biurka, ale nie usiadła.

– Jestem Danuta Anielówna Kowalska z działu marketingu – przedstawiła się pełnym imieniem, mając nadzieję, że sobie przypomni. – Jakim prawem chce mnie pan zwolnić? Mój syn jest chory, muszę często być z nim w szpitalu. Jan Władysławowicz rozumiał, pomagał finansowo. Pracowałam zdalnie…

Młody dyrektor bezceremonialnie przyglądał się Danucie, odchylony w skórzanym fotelu. Ona speszona, straciła wątek i zamilkła. „A Jan Władysławowicz miał zwykłe krzesło” – pomyślała ze złością na samą siebie.

– Mówili mi, że córka pani choruje. Współczuję, ale ciągle pani nie ma w pracy. Ktoś musi za panią pracować. Czy to sprawiedliwe? – pouczająco powiedział dyrektor, jakby karcił niesforną uczennicę.

– Syn – poprawiła go Danuta.

– Słucham?

– Mam syna, nie córkę – powtórzyła. – Jest bardzo chory. Jeśli mnie pan zwolni, nie będziemy mieli z czego żyć. – Choć Danuta się trzymała, głos jej zadrżał od ledwie powstrzymywanych łez. Brzmiał błagalnie, pełen prośby.

– Ma pan dzieci? Matkę? Gdyby zachorowali, spokojnie przychodziłby pan do pracy, czy starał się im pomóc? – Danuta wzięła się w garść i spojrzała dyrektorowi prosto w oczy.

– A co dolega pani synowi? – bez zainteresowania zapytał dyrektor.

– Białaczka. Wie pan, co to jest? – wyzywająco rzuciła Danuta, a głos znów się załamał.

– Powiedz mi, czy my się już kiedyś nie widzieli? Twarz mi pani jakoś znajoma. – Patrzył, czekając na odpowiedź.
Danuta nie była gotowa na to pytanie. Gorączkowo myślała, czy powiedzieć prawdę, ale milczenie przeciągało się niebezpiecznie. Dyrektor mógł po prostu wyrzucić zuchwałą petentkę z gabinetu.

– Ja… Studiowaliśmy razem, równoległe grupy. Pamięta pan, Sylwester? Przyszłam do koleżanki w akademiku… Grał pan na gitarze, potem… – Danuta zaczerwieniła się i spuściła wzrok.

– Danuta?

„Nareszcie. Chyba sobie przypomniał. A co było potem?” – pomyślała ze złośliwą satysfakcją.

– Nie poznałem, wybacz. – Dyrektor przeszedł na „ty”. – Jak mogę ci pomóc?

– Nie zwalniaj mnie. Syn potrzebuje przeszczepu szpiku. Po prostu nie wiem, co robić. – Danuta zakryDanuta uśmiechnęła się przez łzy i przytaknęła, a w jej sercu otworzyła się przestrzeń na nowe szczęście, które po latach męki wreszcie do nich zawitało.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 5 =

Czy to naprawdę mój syn?