**Dziennik osobisty**
Zawsze budziłam się przed dźwiękiem budzika, jakbym miała w sobie wbudowany wewnętrzny zegar. Wstawałam, myłam się i przygotowywałam śniadanie. Kiedy mąż wchodził do kuchni, ogolony, pachnący wodą kolońską, na stole czekała na niego jajecznica albo jajka na miękko, krojony chleb, ser i kiełbasa, a obok filiżanka mocnej kawy. Ja zadowalałam się tylko kawą i kawałkami sera bez chleba.
Żyliśmy razem trzydzieści lat. Nauczyliśmy się siebie tak dobrze, że prawie nie rozmawialiśmy, zwłaszcza rano. „Do wieczora”, „Dzisiaj się spóźnię”, „Dziękuję…” Z spojrzeń, kroków, nawet z milczenia potrafiliśmy odczytać swój nastrój. Po co zbędne słowa?
— Dziękuję — powiedział Witold, dopił kawę i wstał od stołu.
Kiedy zaczynaliśmy życie razem, zawsze całował mnie w policzek przed wyjściem do pracy. Teraz tego nie robił, tylko dziękował i wychodził. Pracował jako inżynier w fabryce wagonów, wyjeżdżał wcześnie, bo musiał przedzierać się przez korki na drugi koniec miasta.
Sprzątałam ze stołu, myłam naczynia i szykowałam się do pracy. Byłam wykładowcą na uniwersytecie, który znajdował się dwie przystanki od domu. Zawsze chodziłam tam pieszo, bez względu na pogodę, nawet gdy wiał silny wiatr lub lał deszcz. Wysoka, wysportowana, szczupła. Sukienki zakładałam tylko latem. Na uczelnię nosiłam garnitury w cienką kreskę, zwykle szare, a pod marynarkę pastelowe bluzki.
Kiedyś ciemne włosy teraz pokryły się siwizną. Nie farbowałam ich, zaplatałam w cienki warkocz i zwijałam w ślimaka na karku. Żadnego makijażu, żadnej biżuterii poza obrączką.
Jako wykładowca musiałam dużo mówić na zajęciach. W domu wolałam milczeć. Męża to zresztą satysfakcjonowało. Kochał ciszę. Dla wielu byliśmy idealną parą. Nie kłóciliśmy się, nie sprzeczaliśmy.
Witold był dwa lata starszy, ale wciąż pozostawał przystojnym mężczyzną. Przywykłam, że kobiety zwracają na niego uwagę. Dawniej się zazdrościło, z wiekiem zaczęłam patrzeć na to filozoficznie. „Gdzie on pójdzie? Nikt nie ugotuje mu tak jak ja” — powtarzałam sobie. Gotowałam naprawdę znakomicie.
Mieliśmy córkę, która po studiach wyszła za mąż za wojskowego i wyjechała z nim.
Studenci mnie się trochę bali. Rzadko się uśmiechałam, zawsze powściągliwa, opanowana. Ale nie byłam też złośliwa. Na egzaminie można było ze mną dogadać. Jeśli student uczciwie przyznał, że nie zna odpowiedzi na pytanie, ale się uczył, pomagałam, często wyciągałam go nawet na czwórkę. Za ściąganie bez litości wyrzucałam z sali, a za oszustwo stawiałam jedynki. Byli i tacy, którzy nie uczyli się do sesji, licząc, że swoim męczeńskim wyrazem twarzy wybłagają trójkę. Ale oszustwa nie przechodziły. Kłamstwo wyczuwałam i nie wybaczałam.
Z żadnym z wykładowców nie utrzymywałam bliskich relacji, nie uczestniczyłam w plotkach.
Pewnego dnia w stołówce usłyszałam rozmowę dwóch pierwszorocznych studentek. Siedziałam do nich plecami, nie zauważyły mnie.
— Podoba ci się ta chemiczka? Taka sztywna. Gdyby nie obrączka, pomyślałabym, że to stara panna — powiedziała jedna.
— Ma męża, swoją drogą całkiem przystojnego. I córkę, już zamężną — odparła druga.
— I co on w niej znalazł, skoro taki przystojny? Skąd w ogóle wiesz?
— Mieszkamy w jednym bloku. Wydaje mi się normalna.
— Normalna? No jasne. Ubiera się jak facet. Wątpię, żeby miała biust.
Dokończyłam obiad, wstałam i spojrzałam na nie.
— Przepraszamy — pisnęły i poczerwieniały.
*Stara panna. Sztywna. A więc tak o mnie myślą.* W pokoju nauczycielskim spojrzałam w lustro. *No tak. Co Witold właściwie we mnie znalazł?* Rozległ się dzwonek i poszłam na zajęcia.
W domu od razu zabrałam się do gotowania kolacji. Postanowiłam upiec mięso w doniczkach ceramicznych, akurat zdąży przed jego powrotem. Wszystko było gotowe. Podeszłam do okna. Mąż zawsze zostawiał samochód pod oknami. Ale teraz go nie było. Nagle za mną zaskrzypiał zamek w drzwiach wejściowych.
Zaskoczona wyszłam do przedpokoju.
— Nie przyjechałeś autem? Zepsuło się? — zapytałam.
— Nie, zostawiłem gdzie indziej.
Nie pytałam dlaczego. Wróciłam do kuchni, by wyjąć mięso z piekarnika. Witold wszedł za mną, usiadł przy stole.
— Danuto, usiądź proszę.
Zdjęłam już założoną na rękę rękawicę kuchenną i usiadłam naprzeciw, splatając palce. Od razu zrozumiałam, że coś się stało. Witold patrzył w bok, unikając mojego wzroku. Od dawna mieliśmy chłodne relacje. Teraz wydawał się obcy, zdystansowany, spięty.
— Tak w skrócie. Kocham inną kobietę. Wyprowadzam się do niej — powiedział i otarł spocone czoło.
Ścisnęłam palce do bólu.
— Przepraszam. Pójdę się spakować. — Wstał i wyszedł z kuchni.
Zostałam sama przy stole. *Idź, zatrzymaj go, porozmawiaj…* — nakazywał wewnętrzny głos. Ale nie drgnęłam. Słyszałam, jak otwiera szafę, jak brzęczą puste wieszaki. Wyciągnął szufladę — pewno zabiera dokumenty. Rozległ się dźwięk zamykanej suwaka walizki. Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Potem głuche stąpanie kółek po dywanie, głośniejsze po płytkach w przedpokoju.
Wieczność zajęło mu zakładanie płaszcza i butów. *Zaraz wróci i powie, że się rozmyślił, że kocha tylko mnie…* — liczyłam. Ale drzwi zatrzasnęły się, zaskoczył zamek. Siedziałam jeszcze długo, wpatrzona w jeden punkt. W końcu rozplotłam dłonie, schowałam w nich twarz i rozpłakałam się.
Właśnie dlatego nie zostawił auta pod oknami. Żeby sąsiedzi nie widzieli. A może tam, w samochodzie, siedziała ta druga? Wstałam i opłukałam twarz zimną wodą. *Mięso…* — przypomniałam sobie.
Pierwszym odruchem było wyrzucenie go do śmieci, razem z**Dziennik osobisty**
Pierwszym odruchem było wyrzucenie go do śmieci, razem z doniczkami, lecz w ostatniej chwili przypomniałam sobie o starszym małżeństwie mieszkającym piętro niżej — zawinęłam jeszcze ciepłe naczynia w folię i zaniosłam im, bo przecież ktoś powinien zjeść tę kolację, skoro już nie mój mąż.



