Rodzina doskonała

— Ojej, boję się — Zosia zatrzymała się przed klatką.

— Czego? Moich rodziców? — zapytał Krzysztof, biorąc dziewczynę za rękę.

— Że im się nie spodobam — przyznała, patrząc na niego z wyrzutem i strachem.

— Nie martw się. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Przecież cię kocham. To ja będę twoim mężem, nie oni. Chodź — pociągnął ją ku drzwiom.

— Mamę nazywają Barbara Stanisławówna. Zapamiętałaś? — instruował.

Zosia powoli powtórzyła.

— Ze zdenerwowania na pewno zapomnę albo pomylę — szczerze przyznała.

— A ojca…

— Jan Adamowicz — wyrzuciła z siebie radośnie. — Dobrze, że twój tata ma proste imię. Skąd twojej mamie takie oryginalne drugie imię? Twój dziadek był może… szwedzki?

— Skąd taki pomysł?

Weszli do klatki, a Krzysztof przywołał windę.

— Nazwał ją ojciec, mój dziadek, na cześć żony. Mówił, że była niezwykle jasną osobą. Aktorką. Szkoda, że nie zdążyłem jej poznać, odeszła wcześnie. Jego ród miał korzenie gdzieś w Skandynawii.

Winda zatrzymała się i gościnnie otwarła drzwi. Młodzi weszli do środka.

— Nie denerwuj się. Jestem przy tobie — szepnął Krzysztof, przyciągając ją bliżej.

Drzwi otworzyła niska, szczupła kobieta z krótką fryzurą. Zosię uderzyło, jak młodo wyglądała jak na matkę Krzysztofa. Uśmiechnęła się przyjaźnie i zaprosiła ich do środka.

Miała na sobie szerokie, beżowe spodnie z miękkiego jedwabiu i białą bluzkę. W mocnym świetle przedpokoju Zosia dostrzegła na jej twarzy zmarszczki, zdradzające wiek.

— Dzień dobry — powiedziała niepewnie, szukając podpowiedzi w oczach Krzysztofa. Ten jednak milczał, nie zamierzając pomagać. Bojąc się pomyłki, Zosia nie odważyła się zwrócić do niej po imieniu i spuściła wzrok.

— Proszę wejść, Zosieńko. Nie stresuj się. Nikt za pierwszym razem nie wymawia dobrze mojego drugiego imienia, wszyscy się mylą — odparła ze zrozumieniem, a Zosia odwdzięczyła się wdzięcznym uśmiechem.

— Nie, nie trzeba ściągać butów. Proszę dalej. Janku! Gdzie ty się chowasz? — zawołała Barbara Stanisławówna w stronę męża.

Wkrótce do pokoju wszedł barczysty przystojniak. Zosia pomyślała, że przypomina nieco młodego Zbigniewa Cybulskiego, choć podobieństwo było raczej w charyzmie niż rysach. Przy nim Barbara wyglądała jak delikatna nastolatka. *”Jaki musiał być w młodości, skoro nawet teraz tak przyciąga wzrok?”* — przemknęło jej przez myśl.

— Jan Adamowicz — przedstawił się, wyciągając dłoń.
Zosia wsunęła swoją wąską dłoń w jego szeroką. Uścisk był krótki, ale ciepły i pewny.

— Proszę do stołu, bo wszystko wystygnie — zarządziła Barbara.

— Krzysiu, zatroszcz się o Zosię — powiedział Jan, nalewając wino z już otwartej butelki.

Barbara wypytywała dziewczynę delikatnie, nie żądając szczegółów. Od razu opowiedziała też o swojej rodzinie. Od wina czy spokojnej atmosfery przy obiedzie Zosia poczuła, jak napięcie powoli odpływa.

— Niech twoi rodzice się nie martwią. Ze ślubem sobie poradzimy — dodała na koniec Barbara z życzliwym uśmiechem.

Rodzina Krzysztofa wydawała się Zosi idealna. Jej własni rodzice byli zupełnie inni. Mama przy stole rzucała się, by wszystkich nakarmić, a tata pił za dużo, dolewając sobie wina, nie czekając na innych. A gdy się upił, zaczynał prawić morały, nawet jeśli nikt go nie słuchał. Potrafił odpowiedzieć mamie ostro, upokorzyć ją przy gościach, gdy próbowała go powstrzymać.

Zosia zawsze wstydziła się za ojca. Przez niego chętnie w ogóle nie zaprosiłaby rodziców na ślub, ale byliby obrażeni. Gdyby tylko miała taką rodzinę jak Krzysztof… I po co w ogóle zgodziła się go poślubić? Przecież pochodzili z zupełnie innych światów… Zamyśliła się i przeoczyła słowa Krzysztofa.

— Co powiedziałeś? — spytała.

— Że bardzo im się spodobałaś.

— Masz wspaniałych rodziców. Chciałabym, żebyśmy byli tacy jak oni. Widać, że się kochają. I ciebie. A moi… Już widzę, jak wypadną na naszym weselu.

— Nie przejmuj się. Zobaczysz, nie zawiodą. U nas też bywają kłótnie. Może nie tak głośne i częste jak u ciebie. A propos, wybrałaś już suknię? Chcę, żebyś była najpiękniejszą panną młodą — Krzysztof zatrzymał się i pocałował ją.

Zosia nie chciała iść do salonu ślubnego sama, a Krzysztof nie powinien widzieć sukni przed ślubem. Z mamą też nie miała ochoty iść — była zbyt praktyczna, oszczędzała na wszystkim. Nie, mamy nie wezwie. Została tylko przyjaciółka Kinga. Wróciwszy do domu, Zosia od razu do niej zadzwoniła.

Kinga zaterkotała radośnie przez telefon. Zaczęła wypytywać Zosię o życie, a zaraz potem opowiadać o sobie, nie dając jej dojść do słowa. W końcu, wyczerpawszy tematy, spytała:

— A ty w ogóle po co dzwonisz?

— Chciałam cię poprosić, żebyś poszła ze mną do salonu i pomogła wybrać suknię ślubną.

— Wychodzisz za mąż? Super! Gratulacje! Oczywiście… — zareagowała entuzjastycznie Kinga i rzuciła się w opowieść o weselu jakiejś koleżanki z uczelni. Zosię to mało interesowało.

— Pomóżesz mi? — przerwała jej bezceremonialnie.

— Pytasz? Jasne. Kiedy?

Umówiły się na następny dzień w kawiarni niedaleko salonu.

*”No i ta Kinga…”* — westchnęła Zosia, kończąc rozmowę. Ale nie miała już kogo prosić.

W kawiarni pojawiła się wcześniej. Kelner natychmiast podszedł i położył przed nią menu.

— Przepraszam, może za chwilę? Czekam na przyjaciółkę.

Kelner skinął głową, zabrał kartę i zniknął. Kinga spóźniała się, jak zwykle. Zosia zaczęła przyglądać się ludziom przy stolikach. Nagle, przez stół, dostrzegła Jana Adamowicza. Nie widział jej, boAle zaskoczeniem był widok, gdy Jan Adamowicz wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął ten sam pierścionek, który Zosia właśnie przymierzała w salonie ślubnym, podając go swojej młodej towarzyszce, która roześmiała się cicho, mówiąc: *”Tata zawsze pamięta o prezentach dla córki”*.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × trzy =

Rodzina doskonała