Pragnę powrotu

Barbara zawsze budziła się przed dzwonkiem budzika, jakby miała wbudowany wewnętrzny zegar. Wstawała, myła się i przygotowywała śniadanie. Gdy mąż wchodził do kuchni, ogolony, pachnący wodą toaletową, na stole czekała na niego jajecznica lub jajka na miękko, pokrojona bułka, ser i wędlina oraz filiżanka mocnej kawy. Sama Barbara zadowalała się tylko kawą i kawałkami sera bez chleba.

Żyli razem trzydzieści lat. Przez ten czas nauczyli się siebie tak dobrze, że prawie nie rozmawiali się, zwłaszcza rano. „Do wieczora”, „Dzisiaj się spóźnię”, „Dziękuję…” Po spojrzeniach, krokach, nawet po milczeniu rozpoznawali swoje nastroje. Po co zbędne słowa?

– Dziękuję – powiedział Marek, dopijając kawę, i wstał od stołu.

Kiedy dopiero zaczynali życie razem, zawsze całował ją w policzek przed wyjściem do pracy. Teraz tego nie robił, po prostu dziękował i wychodził. Mąż pracował jako inżynier w fabryce wagonów, wychodził wcześnie, bo miał do przebycia korki na drugi koniec miasta.

Barbara sprzątnęła ze stołu, umyła naczynia i poszła się zbierać. Pracowała jako wykładowczyni na uniwersytecie, który znajdował się dwie przystanki od jej domu. Do pracy zawsze chodziła pieszo, w każdą pogodę, nawet gdy wiał silny wiatr i lało. Wystrzępiona, sportowa, szczupła. Sukienki zakładała tylko latem. Na uniwersytet zawsze chodziła w garsonkach, zwykle szarych, w drobną kratę. Pod marynarkę zakładała bluzki w pastelowych kolorach.

Kiedyś ciemne włosy teraz były już siwe. Nie farbowała ich, zaplatała w cienki warkocz i zwijała w ślimaka na karku. Żadnego makijażu i biżuterii, tylko obrączkę.

Jak na wykładowczynię, musiała dużo mówić w ciągu dnia na zajęciach i wykładach. W domu wolała milczeć. Męża to zadowalało. Lubił ciszę. Dla wielu byli idealną parą. Nie kłócili się, nie sprzeczali.

Marek był starszy o dwa lata. Ale wciąż był przyciągającym mężczyzną. Barbara przyzwyczaiła się do tego, że kobiety zwracają na niego uwagę. Kiedyś się denerwowała, oczywiście, ale z wiekiem zaczęła podchodzić do tego filozoficznie. „Gdzie on pójdzie? Nikt go nie nakarmi tak jak ja” – mówiła sobie. Gotowała naprawdę bosko.

Mieli córkę, która po skończeniu studiów wyszła za mąż za żołnierza i uciekła razem z nim.

Studenci trochę się Barbary bali. Rzadko uśmiechała się, zawsze była powściągliwa i spokojna. Ale nie była też złośliwa. Można się z nią było dogadać nawet na egzaminie. Jeśli student szczerze przyznał, że nie zna odpowiedzi na pytanie, ale się uczył, pomagała mu, często wyciągając na czwórkę. Ale za ściąganie bez litości wyrzucała z egzaminu, a za oszustwo stawiała jedynki. Byli i tacy spryciarze, którzy nie przygotowywali się do sesji, licząc, że swoim męczeńskim wyglądem i błaganiami wyproszą trójkę. Ale oszustwo nie przechodziło. Kłamstwo wyczuwała i nie wybaczała.

Z nikim na uczelni Barbara nie przyjaźniła się, nie uczestniczyła w plotkach.

Pewnego dnia Barbara usłyszała w stołówce rozmowę dwóch pierwszoroczniczek. Siedziała do nich plecami, więc jej nie zauważyły.

– Co myślisz o tej chemiczce? Stara panna. Gdyby nie obrączka, pomyślałabym, że nigdy nie była zamężna – powiedziała jedna z dziewczyn.

– Ona ma męża, przy okazji całkiem przystojnego. I córkę, już zamężną – dodała druga.

– I co on w niej znalazł, skoro jest przystojny? A skąd to wiesz?

– Mieszkam z nią w tym samym podwórku. Wydaje mi się, że jest w porządku.

– No tak, w porządku. Ubiera się jak facet. Wątpię, żeby miała w ogóle biust.

Barbara skończyła obiad, wstała od stołu i spojrzała na studentki.

– Przepraszamy – zapiszczały i zaczerwieniły się.

„Stara panna. Ot, co o mnie myślą”. W pokoju nauczycielskim spojrzała w lustro. „No cóż. Naprawdę, co Marek we mnie znalazł?” Rozległ się dzwonek, i Barbara poszła na zajęcia.

W domu od razu zabrała się za przygotowanie obiadu. Postanowiła udusić mięso w garnkach, akurat na jego powrót. Wszystko było gotowe. Barbara podeszła do okna. Mąż zawsze stawiał samochód pod oknami. Ale tym razem go tam nie było. Nagle za jej plecami zaskoczył zamek w drzwiach wejściowych.

Barbara zdziwiła się i wyszła do przedpokoju.

– Nie przyjechałeś samochodem? Zepsuł się? – spytała.

– Nie, postawiłem w innym miejscu.

Nie pytała, dlaczego. Wróciła do kuchni, by wyjąć mięso z kuchenki. Marek wszedł za nią, usiadł przy stole.

– Basiu, usiądź, proszę.

Zdjęła już założoną na rękę rękawicę i usiadła naprzeciwko, splatając palce. Od razu zrozumiała, że coś się stało. Marek patrzył w bok, unikając jej wzroku. Względem siebie od lat byli powściągliwi, ale teraz wydawał się obcy, zdystansowany i spięty.

– Więc tak. Kocham inną kobietę. I odchodzę do niej – powiedział i przetarł spoconą dłonią czoło.

Barbara zacisnęła palce do bólu.

– Przepraszam. Pójdę, spakuję rzeczy. – Marek wstał i wyszedł z kuchni.

Barbara została siedzieć przy stole. „Idź, zatrzymaj go, porozmawiaj…” – domagał się wewnętrzny głos. Ale Barbara nawet się nie poruszyła. Słyszała, jak otworzyły się drzwiczki szafy, jak dźwięczały puste wieszaki. Teraz wyciągnął szufladę, pewnie zabrał dokumenty. Rozległ się dźwięk zapinanej walizki. Przez chwilę z pokoju nie dochodził żaden dźwięk. Potem stłumione stuknięcie kółek po dywanie, głośniejsze po kaflach w przedpokoju.

Marek męcząco długo zakładał płaszcz i buty. „Teraz wejdzie i powie, że się rozmyślił, że kocha tylko ją…” – miała nadzieję. Ale drzwi zatrzasnęły się, zaskoczył zamek. Przez jakiś czas Barbara jeszcze siedziała, wpatrzona w jeden punkt. Potem rozplotła dłonie, schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się.

Właśnie dlatego nie zaparkował pod oknBarbara oparła się o parapet i spojrzała w ciemność za oknem, wiedząc, że teraz to ona zdecyduje, czy w ich życiu znajdzie się jeszcze miejsce na nowy początek, czy tylko na cichy koniec.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − czternaście =

Pragnę powrotu