**Dom dla Nadziei**
Od zawsze podziwiałem starszego brata i brałem z niego przykład. Jadłem to co on, nawet jeśli mi nie smakowało. Gdy wybiegał na zimę bez czapki, ja też zrywałem swoją. Mama krzyczała na niego, żeby natychmiast założył nakrycie głowy, bo ja się przeziębię.
Między nami było sześć lat różnicy, ale dla mnie to przepaść. Dlaczego mama nie urodziła mnie przynajmniej dwa lata wcześniej? Kuba wychodził ze znajomymi, a mnie nigdy nie zabierał.
— Nie jestem twoją niańką. Chłopaki będą się ze mnie śmiać — mówił z wyższością.
Wtedy zaczynałem płakać.
— Przestań! Albo nie narysuję ci więcej żadnego samochodu.
I milkłem natychmiast, jakby ktoś wyłączył mi głos.
Kuba rysował świetnie. Śledziłem, jak ołówek sunie po kartce, ale gdy próbowałem sam, wychodziły mi tylko bazgroły. Wtedy siadał obok i cierpliwie tłumaczył, jak trzymać narzędzie, jaką siłą dociskać. Te chwile były dla mnie najszczęśliwsze.
Oczywiście, kłóciliśmy się i nawet bili. Kuba był silniejszy, więc zwykle dostawałem w kark albo uszy. W odwecie chowałem mu kredki albo domalowywałem wąsy na jego rysunkach. On nazywał mnie wtedy „maluchem” i „szczeniakiem”, czego nie znosiłem.
Pewnego dnia jednak zabrał mnie do parku, gdzie spotykali się chłopacy z okolicy. Chowali się za krzakami i palili papierosy.
— Jeśli powiesz rodzicom, wyrwę ci nogi — warknął Kuba, spluwając przez zęby.
Nie miałem wątpliwości, że to zrobi. Nawet gdy dostawałem od niego lanie, nigdy nie skarżyłem się mamie.
W szkole wiedzieli, że jestem bratem Kuby, więc nikt mnie nie zaczepiał. Kuba nie był typowym chuliganem, ale bali się go. Trenował zapasy i potrafił walczyć do krwi. Mało kto mógł z nim wygrać.
Namówiłem mamę, żeby zapisała mnie na te same zajęcia. Ale tak jak z rysunkiem — nie szło mi. Nie miałem serca do walki. Szybko zrezygnowałem, przyznając w końcu, że nigdy go nie dorównam. Przestałem się starać i rzuciłem się w naukę. I tu byłem od niego lepszy.
Kuba świetnie radził sobie z pięściami, ale w szkole ledwo zipiał. Po maturze poszedł na budownictwo do politechniki. Na jego rysunkach coraz częściej pojawiała się ta sama dziewczyna. Nic specjalnego, moim zdaniem.
Teraz miał swoje studenckie życie, gdzie nie było miejsca dla licealisty. Wracał późno, zamyślony i milczący.
Pewnego dnia znalazłem w jego zeszycie kartkę z wierszem. Od razu wiedziałem, komu go poświęcił — tej dziewczynie z rysunków.
— Mógłbyś znaleźć sobie ładniejszą — rzuciłem przy kolacji. — Na przykład taką jak Agata Kowalska. Najpiękniejsza w klasie. Nie, w całej szkole! Taką powinieneś rysować, takiej pisać wiersze… — Powtórzyłem jedną z linijek jego utworu.
Nie zrozumiałem, co się stało. Ocknąłem się na podłodze, z ogniem w policzku, jakby ktoś przyłożył mi rozgrzanym prętem.
— Co tobie? Znowu się biłeś? — Mama wbiła we mnie wzrok przy stole.
Kuba prychnął pogardliwie i dalej zajadał spaghetti.
— Poślizgnąłem się i uderzyłem twarzą w krawężnik — mruknąłem przez zęby. Mówienie bolało.
Mama spojrzała surowo na starszego syna. Ten tylko wzruszył ramionami. Wyjęła z zamrażarki kawałek mięsa, owinęła w ścierkę i podała mi.
— Przyłóż do policzka.
Na piątym roku Kuba oznajmił, że bierze ślub i w weekend przyprowadzi narzeczoną.
— Cha, żeniaczka! — zaśmiałem się.
— Masz coś przeciwko? — warknął Kuba, patrząc na mnie groźnie.
Od razu zrozumiałem, że lepiej nie drażnić starszego brata.
— Nie, cieszę się. Będziecie mieszkać u nas? Bo jeśli nie, to w końcu będę miał pokój tylko dla siebie! Wreszcie nie muszę słuchać twojego chrapania. Tylko nie zmień zdania, dobrze?
Kuba się rozluźnił, klepnął mnie po ramieniu.
— Nie zmienię. Masz szczęście, braciszku.
Nadia okazała się miłą, ładną dziewczyną o jasnobrązowych oczach, zadartym nosku i kręconych, ciemnoblond włosach. Czuć od niej było wiosnę.
Trzymała Kubę mocno za rękę i śmiało odpowiadała na pytania rodziców. Było widać, że jest w nim zakochana po uszy. A mnie to wkurzało. Bo dla mnie Kuba był najlepszym bratem. A ta Nadia…
Przy stole zerkałem na nią ukradkiem. I im dłużej patrzyłem, tym bardziej mi się podobała.
— Nie gap się tak na narzeczoną brata — upomniała mnie mama, gdy Kuba wyszedł odprowadzić Nadie.
— Wcale się nie gapię. Znajdę sobie lepszą — odparłem z przekąsem.
Po ślubie Kuba wprowadził się do Nadi i jej mamy. Do domu wpadał rzadko. Jakby od razu dojrzał. Po studiach dostał pracę w największej firmie budowlanej w mieście. Rok później urodził im się syn. W małym mieszkaniu zrobiło się ciasno, więc Kuba zaczął budować dom. Sam projektował, sam stawiał. Koledzy pomagali. Tata kibicował starszemu synowi, dorzucając pieniądze.
Ja w tym czasie skończyłem liceum i po raz pierwszy nie poszedłem w jego ślady — zacząłem prawo na uniwerku. Z przekąsem mówiłem, że budowlanka to zajęcie dla nieudaczników. Prawdziwi ludzie powinni pracować głową, nie rękami.
Pewnego dnia mama wysłała mnie z ubrankami dla bratanka. Nadia zaokrągliła się, stała się jeszcze piękniejsza. Zaczerwieniłem się i bełkotałem coś, wręczając jej paczkę.
— Wejdź — zaśmiała się i wciągnęła mnie do przedpokoju. — Kuba wyjechał w delegację, a zerwała mi się linka w łazience. Naprawisz? Wróci dopiero za trzy dni, a ja nie mam gdzie suszyć bielizny.
Naprawiłem. Potem Nadia podała mi synka i zaczęła szykować obiad. Chłopiec długo mi się przyglądał, aż w końcu przytulił się do mnie. Serce zabiło mi mocniej. Jak przyjemnie było trzymać go na rękach, patrzeć, jak Nadia krząta się dla nas…
Po raz pierwszy spojrzałem na nią inaczej. I przepadłem. Od tamtej pory śniła mi się. We snach spacerowaliśmy we trójkę nad stawem, karmiliśmy kaczki…
Oczywiście, spotykałem się z dziewczynami, nawetPo latach zrozumiałem, że dom zbudowany przez Kubę stał się naszym wspólnym szczęściem, a Nadia, która kiedyś była tylko narzeczoną mojego brata, teraz jest moją żoną i matką naszej córki.



