Miej cierpliwość
Kazimierz wysiadł z wagonu na peron i głęboko odetchnął. W rodzinnym mieście nawet powietrze jest inne niż gdziekolwiek indziej. A widział wiele miast i krajów. Zawsze jednak ciągnęło go tutaj.
Szedł znajomymi ulicami, wypatrując najmniejszych zmian. Oto jego podwórko otoczone czterema ceglanymi blokami: dwa długie, z pięcioma klatkami, i dwa krótsze, z dwoma wejściami. Podwórko było przestronne, podzielone na dwie części: plac zabaw z kolorową zjeżdżalnią, piaskownicą i kilkoma prostymi drążkami. Kiedyś były tu huśtawki i metalowa półkula zwana pajęczyną. Po upadku z niej Kazimierz miał bliznę nad brwią.
Drugą część zajmowało ogrodzone boisko z bramkami i koszem do koszykówki. Zimą zalewano je, tworząc lodowisko. Wczesny poranek był pusty. Gdyby miał piłkę, na pewno kopnąłby ją w stronę bramki, jak to robił dawniej.
Ech, dobre to były czasy. Wojtek wyjechał gdzieś na Śląsk, ożenił się, ma dwójkę dzieci. A Zbyszek już po raz drugi odsiedział wyrok. Tak to życie rozrzuciło ich po różnych stronach.
Z klatki wyszedł mężczyzna z psem, Kazimierz krzyknął, by nie zamykał drzwi. Słabe światło żarówki niewiele pomagało. Musiał stać chwilę, by oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Ileż razy próbowano wkręcać mocniejsze żarówki, ale zawsze ktoś wymieniał je na takie, które dawały zaledwie odrobinę światła. Tak było od zawsze. Dziwne, że nikt jeszcze nie połamał nóg na tych wąskich, ciemnych schodach.
Kazimierz wszedł na drugie piętro i zatrzymał się przy żelaznych drzwiach po prawej. Kiedyś mieszkała tu Jadwiga. Nie Jadzia, nie Jadźka, właśnie Jadwiga. Tak prosiła, by ją nazywać. Jego pierwsza, gorąca i nieodwzajemniona miłość.
Dawniej często naciskał dzwonek i uciekał na swoje trzecie piętro. Tam czekał, aż Jadwiga otworzy. Przemknęła mu myśl, by zrobić tak samo, ale już nie biegał tak zwinnie po schodach. Poza tym nie wypadało dorosłemu mężczyźnie się wygłupiać. Nie był też pewien, czy wciąż tu mieszka.
Uśmiechnął się pod nosem i ruszył na swoje piętro. Oto drzwi jego mieszkania. Zawsze otwierała mama, nawet gdy żył ojciec. Zmarł dwa lata temu. Kazimierz był wtedy w rejsie, nie zdążył na pogrzeb.
Nacisnął dzwonek. Wkrótce zaskoczył zamek, drzwi uchyliły się. Zobaczywszy syna, mama szeroko je otworzyła i rzuciła mu się w objęcia.
– Synku! – Przytulili się tuż w progu. Mama odsunęła się. – Daj się napatrzeć. – I znów przycisnęła go do siebie.
Gdy żył ojciec, farbowała włosy, układając je elegancko. Teraz na przedzie widniał szeroki pas siwizny.
– Śniłeś mi się poprzedniej nocy. Od razu pomyślałam, że przyjedziesz. Na długo? Ojej, stoimy w drzwiach… Wchodź już. – Mama zamknęła drzwi i znów go objęła.
Pierwsze chwile radości minęły. Kazimierz zdjął buty, sięgnął po swoje kapcie stojące na półce. Zawsze tam na niego czekały. Ale taty klapki mama już schowała.
– To dla ciebie, mamo. – Podał jej paczuszkę z prezentami.
– Ty jesteś moim najlepszym prezentem – odparła, mimo to zaglądając do torby. – Zaraz nastawię czajnik. Może coś zjesz? – Zaczęła krzątać się po kuchni, zastawiając stół.
– O, głupia ja. Zapomniałam chleba kupić. Zaraz skoczę… – Zatrzymała się nagle i bezradnie zamrugała. – Sklepy jeszcze zamknięte.
– Nic się nie stało. Później sam skoczę. Siadaj – uspokoił ją Kazimierz.
Kuchnia wydała mu się ciasna. Kabina na statku była większa. Jak ona dawała radę utrzymać tu porządek?
– Jak się masz? – Pogładził zmęczoną dłoń matki.
– Po trochu. A ty? Wciąż nie ożeniony? – W jej oczach pojawił się smutek.
– Nie każda kobieta chce czekać na marynarza pół roku.
Po śniadaniu mama zabrała się za gotowanie jego ulubionego barszczu, a Kazimierz poszedł po chleb. Schodząc, znów zatrzymał się na chwilę przy drzwiach Jadwigi.
Dopiero po kilku dniach odważył się nacisnąć dzwonek. Zamek zaskoczył, drzwi uchyliły się. Kazimierz ujrzał Jadwigę. Serce uderzyło gwałtownie, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Prawie się nie zmieniła, tylko trochę przytyła, co jej nawet pasowało.
– Kogo pan szuka? – spytała, przebiegając wzrokiem po jego sylwetce.
– Przepraszam – cofnął się ku schodom.
– Kazimierz? To pan, Kazimierz? – zatrzymał go jej głos.
„Poznała mnie!” – serce podskoczyło z radości…
***
– Bramkę panie stracił! Przez pana przegraliśmy! – krzyczał rozżalony Wojtek, cmokając nosem i przechodząc w pisk.
– No i co? Odbijemy sobie następnym razem – bronił się Kazik, czując winę.
– Ta, jasne – rzucił Wojtek, odchodząc z boiska. – Nie umiesz grać, to się nie pchaj.
– Ja nie umiem? To ty przepuściłeś Darka pod bramkę. – Wojtek, czekaj! – Kazik dogonił go, chwytając za ramię.
– Zostaw! – Wojtek szarpnął się i pchnął go w pierś.
– Sam zostaw! – odpowiedział tym samym.
Przez chwilę przepychali się, w końcu zwarli, tłukąc się po trawie.
– A przestańcie już! – rozległ się nad nimi dźwięczny głos.
Chłopaki przerwali, wpatrując się w piękną dziewczynę. Sapiąc, wstali. Wojtek otrzepał spodnie i odszedł. A Kazik stał, patrząc za dziewczyną. W końcu ruszył za nią. Przed klatką odwróciła się.
– Czego za mną leziesz?
– Nie za tobą, do domu idę.
– Więc w tej samej klatce mieszkamy? Ależ wygląd. Koszulkę rozdrapałeś.
– Gdzie? – Kazik odchylił materiał na brzuchu.
– No chodź, zaszyję ci.
Weszli na drugie piętro, dziewczyna otworzyła drzwi.
– Tu mieszkała starsza pani. Jesteś jej wnuczką?
– Sam jesteś wnuczek. Umarła. Teraz jaKazimierz objął Jadwigę i poczuł, jakby wreszcie wrócił tam, gdzie jego serce zawsze pragnęło być.



