Czekam na Ciebie

Czekaj na mnie

Marcin wyszedł z wagonu na peron i wciągnął głęboko powietrze. W rodzinnym mieście nawet powietrze pachniało inaczej niż gdziekolwiek indziej na świecie. A widział już wiele miast i krajów. Zawsze ciągnęło go tutaj.

Szedł znajomymi ulicami, dostrzegając najmniejsze zmiany. Oto jego podwórko, otoczone czterema ceglanymi blokami – dwoma długimi, z pięcioma klatkami, i dwoma krótkimi, z dwoma wejściami. Podwórko było przestronne, podzielone na dwie części: plac zabaw z kolorową zjeżdżalnią, piaskownicą i kilkoma prostymi drążkami. Dawniej były tu huśtawki i żelazna kopuła zwana pajęczyną. Po upadku z niej Marcin miał bliznę nad brwią.

Drugą część zajmowało ogrodzone boisko z bramkami i koszem. Zimą polewano je wodą, tworząc lodowisko. Wczesny poranek – podwórko puste. Gdyby miał piłkę, na pewno kopnąłby ją w bramkę, jak robił to kiedyś.

Ech, dobre to były czasy. Sławek wyjechał gdzieś w Bieszczady, ożenił się, ma dwoje dzieci. A Jasiek już po raz drugi siedzi w więzieniu. Tak ich życie rozdzieliło.

Z klatki wyszedł mężczyzna z psem, Marcin krzyknął, by nie zamykał drzwi. Słaba żarówka ledwo świeciła. Musiał chwilę stać, by przyzwyczaić oczy do półmroku. Ileż razy próbowano wkręcać mocniejsze żarówki – zawsze ktoś je wymieniał na te słabe. Tak było od zawsze. Dziwne, że nikt jeszcze nie połamał nóg na tych wąskich, ciemnych schodach.

Marcin wszedł na drugie piętro i zatrzymał się przed żelaznymi drzwiami po prawej. Tu kiedyś mieszkała Kinga. Nie Kinka, nie Kingusia – tylko Kinga. Tak chciała, by ją nazywać. Jego pierwsza, rozpaczliwie niespełniona miłość.

Dawniej często dzwonił do jej drzwi i uciekał na swoje trzecie piętro. Tam czekał, aż Kinga wyjrzy na klatkę. Przemknęła mu myśl, by zrobić tak samo, ale już nie biegał tak szybko po schodach. Na dodatek nie wypadało dorosłemu mężczyźnie wygłupiać się jak dziecko. Poza tym nie był pewien, czy wciąż tu mieszka.

Uśmiechnął się gorzko i ruszył na trzecie piętro. Oto drzwi jego mieszkania. Zawsze otwierała mama, nawet gdy żył ojciec. Zmarł dwa lata temu. Marcin wtedy był w rejsie, nie zdążył na pogrzeb.

Nacisnął dzwonMarcin zadzwonił, a gdy drzwi się otworzyły, zobaczył matkę, której oczy w jednej chwili wypełniły się łzami radości, bo choć od dawna o tym marzyła, wciąż nie wierzyła, że jej syn wreszcie wrócił do domu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × jeden =

Czekam na Ciebie