Samotna kobieta z przyczepą
Bożena wychowywała syna sama. Mąż odszedł od niej ponad dziesięć lat temu. Przez cały ten czas „honorowo” płacił alimenty, był „kryształowo czysty” przed prawem i sumieniem – przynajmniej tak sam o sobie mówił.
Zabrał swoje rzeczy i samochód, zostawiając Bożenie nieopłacony kredyt hipoteczny i syna. Przez te wszystkie lata ani razu nie przyszedł go zobaczyć, nie zadzwonił z życzeniami urodzinowymi, nie kupił prezentu.
– Pewnie już uszczęśliwił niejedną naiwniątkę tak jak ciebie. Będzie tak uciekał od odpowiedzialności, aż straci męską siłę. I oby jak najszybciej! Mówiłam, nie bierz kredytu. Nie posłuchałaś. Teraz całe życie będziesz na niego pracować – wzdychała matka Bożeny. Choć to właśnie ona i ojciec naciskali, żeby wzięła kredyt i zapisała mieszkanie na siebie.
I tak sobie żyła – od wypłaty do wypłaty, pracując na dwóch etatach i wychowując syna. Na szczęście Kuba nie sprawiał większych problemów.
Po drugiej pracy, zmęczona jak koń po orce, wpadała do sklepu i wlokła się do domu, marząc tylko o tym, żeby zrzucić ciężkie zakupy, zdjąć buty, usiąść, wyprostować nogi i zamknąć oczy. Czuła się jak koń karoseryjny – takie w zoo wożą dzieci, żeby zarobić na siano.
Mają zaplecione grzywy, błyszczące uprzęże, kolorowe czapraki. I idą powoli, ze smutnym spojrzeniem, dźwigając na grzbiecie kolejnego rozradowanego malca. Mniej więcej tak właśnie czuła się Bożena. Życie w kółko: praca – sklep – dom.
Nosiła wygodne, ciemne ubrania z „Pepco”. Nowe rzeczy kupowała rzadko i pieczołowicie je przechowywała, zakładając tylko przy specjalnych okazjach – których w jej życiu było jak kot napłakał. I tak w końcu i te ubrania wychodziły z mody.
Bożena szła i myślała, co ugotować na kolację, czy Kuba jest w domu… Torba damska zwisała jej przez ramię. Jedną ręką przytrzymywała ją, żeby nie spadła, w drugiej niosła siatkę z zakupami. Jeśli syn był w domu, to odpoczywała pięć minut i szła gotować spaghetti z parówkami.
A jaka była kiedyś! Gęste włosy, błysk w oczach. Figura nawet teraz – niczego sobie. Jak każda dziewczyna marzyła o miłości. I przyszła ona do niej pod postacią Bartka. No i jak się nie zakochać w przystępnym chłopaku? Obiecywał, że będzie kochać ją wiecznie, że kupią sobie fajne auto – koniecznie BMW albo, w ostateczności, Audi. Że na pewno będą mieć dwójkę dzieci.
Samochód kupił – i na nim odjechał w siną dal, zostawiając Bożenie mieszkanie z niespłaconym kredytem i syna.
Bożena patrzyła na chodnik przed sobą. Wystarczy chwila nieuwagi, żeby wpaść w kałużę albo skręcić kostkę. Nasze drogi pozostawiają wiele do życzenia. Trzeba jeszcze zdążyć odskoczyć od krawężnika, żeby jakiś pirat drogowy nie oblał cię błotem, koniecznie wjeżdżając w kałużę pełną rozmachu.
– Bożena! – Nagle drogę zastąpiła jej elegancka kobieta w modnym płaszczu.
Bożena ledwo poznała Kingę, z którą chodziła do podstawówki. Nigdy nie była urodziwa, a teraz wyglądała, jakby zeszła z okładki „Vivy!”. Bożena przy niej poczuła się jak Kopciuszek w znoszonych ciuchach.
– Ale super, że cię spotkałam! Przyjechałam do mamy, a nikogo ze znajomych nie ma. Wszyscy się porozjeżdżali. Bożka! No jak tam życie?
„Czy po mnie nie widać?” – pomyślała Bożena, ale głośno powiedziała:
– Normalnie, jak u wszystkich.
– Zamężna?
– Po rozwodzie. Mieszkam z synem. A ty?
– A ja… – Kinga przymknęła oczy z błogim uśmiechem, jakby oślepiało ją słońce. – Wyszłam za Hiszpana, mieszkam w Barcelonie. Przyjechałam do mamy na tydzień. Słuchaj, nie mogę cię tak po prostu puścić. Może gdzieś się przejmiemy? Albo zaprosisz mnie do siebie. Gdzie mieszkasz?
– No… tu niedaleko. Chodź, tylko u mnie leży wszystko. Nawieczorną zastawę jeszcze nie pozmywałam.
– Spoko, ja do wszystkiego przywykłam, jestem Polką!
Bożena otworzyła drzwi do swojego mieszkania i zawołała w stronę pokoju:
– Kubuś, jesteś? Mamy gościa.
Na progu pojawił się wysoki chłopak.
– O rany! To twój syn? Przystojniak! – zachwyciła się Kinga. – Do której klasy chodzisz? Gdzie chcesz iść na studia?
– Jeszcze nie wiem. Mamo, pozmywałem, muszę lekcje robić – rzucił i zniknął w swoim pokoju.
– No proszę, jaki samodzielny. – W głosie Kingi dało się słyszeć nutkę zazdrości.
– A ty masz dzieci? – spytała Bożena, rozpierana dumą.
– Nie. Mąż jest dużo starszy. Ma już dorosłe dzieci, nie chce się bawić w pieluchy i butelki.
Bożena na szybko zrobiła kolację, a Kinga opowiadała o życiu w Hiszpanii.
– A dlaczego się rozwiodłaś? Mąż pił? – w końcu spytała Kinga.
– Nie, nie pił. Po prostu… Dopóki nie urodził się Kuba, było dobrze. Potem… Kuba źle spał, był niespokojny. Ja nie pracowałam, byłam na zwolnieniu, a tu kredyt, rata za samochód… W końcu powiedział, że ma dość, i wyszedł. Albo raczej wyjechał – swoim autem.
– Co za gnój! – zaklęła Kinga. – Zostawił cię z dzieckiem i kredytem!
Bożena nie wdawała się w szczegóły, jak ciężko było wtedy. I tak Kinga pewnie by nie zrozumiała. Rodzice pomagali, inaczej by nie przeżyła albo straciłaby mieszkanie.
– No nic, kończy się twoja czarna seria, stara. U nas pełno samotnych facetów. Nie pierwszego sortu, ale jeszcze z jajem i chęcią do ożenku z młodszą kobietą. Uwielbiają Polki. Co ja ci będę tłumaczyć, sama wiesz, jakie jesteśmy – i w piecu palimy, i dzieci wychowujemy, i jeszcze się uśmiechniemy. Mamy z mężem mnóstwo znajomych. Za trzy dni wracam do Hiszpanii i znajdę ci bogatego kandydata.
– Gdzie mnie tam… Ja jestem z przyczepą. SPP.
– Co to znaczy? Sekta jakaś?
– Faceci tak nazywają samotne matki – Samotna Pani z Przyczepą. Jak tylko dowiedzą się, że masz dziecko, nawet w twoją stronKinga machnęła ręką i roześmiała się: „SPP? A ja znam takiego, co właśnie szuka kobiety z charakterem – przyczepę sobie dopasuje, byle kierowca był dobry”.



