„Przyjaźń na zawsze”

„Andrzej i Sławek – przyjaciele na zawsze”

Sławek rozwiązywał służbowe sprawy z kolegami w swoim gabinecie, gdy na biurku zadzwonił telefon. Już miał odrzucić połączenie, ale na ekranie zobaczył imię swojego szkolnego przyjaciela.

– Przepraszam – powiedział kolegom, złapał telefon i wyszedł.

– Słucham? – odezwał się ostrożnie.
W szkole miał przyjaciela, Andrzeja, ale minęło tyle lat… Sam nie był pewien, czy numer się nie zmienił – przecież tyle razy wymieniał telefon.

– Sławek? Nie wierzę… To ja, Andrzej. Myślałem, że dawno zmieniłeś numer, nawet nie liczyłem, że się dodzwonię – rozradowany głos w słuchawce brzmiał jak dawniej.

– Cześć, Andrzej. Co u ciebie? – Sławek jeszcze nie ochłonął, mówił sucho, automatycznie rzucił oklepane pytanie. Ale Andrzej tego nie zauważył i ciągnął z entuzjazmem:

– Świetnie! Jestem w Warszawie. Słuchaj, wiem, że pewnie pracujesz, może źle wybrałem moment… Spotkamy się? Tyle lat. Kiedy znaz będzie okazja?

– Słuchaj, mam zebranie. Za godzinę mogę. Gdzie mam podjechać? Cholera, dobrze cię słyszeć – głos Sławka zmiękł.

– Na Dworcu Centralnym. Stoję przed głównym wejściem.

– Znajdę cię. Tylko nie znikaj, jasne? – Sławek wrócił do gabinetu.

Mówił coś, uczestniczył w dyskusji, ale myśli krążyły wokół Andrzeja. Piętnaście lat nie widzieli się, nie mówili, odkąd wyjechał z rodzinnego miasta na studia.

Sławek zaparkował i ruszył w stronę dworca. Jak zwykle tłumy. Rozglądał się, wpatrywał w twarze.

– Sławek! – W jego stronę szedł uśmiechnięty mężczyzna, w którym nie od razu rozpoznał szkolną przyjaźń. Zatrzymali się, przez chwilę mierzyli się wzrokiem, potem uścisnęli dłonie, a w końcu, jakby bez słów, objęli się.

– Sławek…
– Andrzej…

– Sławek… Nie wierzę. – Andrzej znów go uścisnął. – Świetnie wyglądasz. Ważny człowiek, widzę. Zawsze wiedziałem, że zajdziesz daleko. Tu za głośno. Może do kawiarni?

– Jasne – zgodził się Sławek. – Mam auto. Niedaleko jest fajne miejsce. Przyjechałeś w sprawach?

– Teściową przywiozłem na operację. Stawy ma rozwalone, ledwo chodzi. Długo czekaliśmy na termin. O rany… To twoje? – Andrzej niedowierzająco spojrzał na luksusowego SUV-a.

– Moje, wsiadaj – Sławek uśmiechnął się, zadowolony z efektu.

Pod wrażeniem Andrzeja włączył się w ruch, skręcił w boczną uliczkę i po kilku minutach zatrzymał się przed klimatyczną kawiarnią. Mimo dnia panował półmrok. Kilka stolików, cisza – zupełnie inna niż dworcowy zgiełk.

– No, tutaj chociaż usłyszymy, co mówimy. Siadaj, gadaj. Ale zanim zdążyli usiąść, podeszła kelnerka.

– Dla mnie czarna, bez cukru. A dla przyjaciela… – Sławek spojrzał pytająco.

– Też kawa – szybko odpowiedział Andrzej.

– Dla niego jeszcze stek z frytkami, kawa i ciasto.

Kelnerka odeszła.

– Nie patrz tak. Jeszcze musisz jechać pociągiem. Pewnie od rana nic nie jadłeś.

– Trafiłeś. Z teściową trzy godziny się ciągnęliśmy do szpitala. Ledwo chodzi… Ale sam zapłacę.

Sławek zignorował komentarz.

– Nie myśl, że potrzebuję pomocy. Operację zrobią za darmo. Po prostu… chciałem cię zobaczyć. Wybrałem numer, myślałem, że dawno go zmieniłeś, a ty odebrałeś – powtórzył Andrzej.

– Rozumiem. Gadaj, jak tam życie. Żonaty?

– Żonaty. Dwójka dzieci. Syn ma jedenaście, a Kasia siedem, kończy pierwszą klasę. Teść zostawił mi warsztat po śmierci, teraz sam nim zarządzam. Jak powiem Małgosi, że cię widziałem, nie uwierzy.

– Jakiej Małgosi? – Sławek uniósł brwi. – Czekaj, ożeniłeś się z Małgosią?

– Pamiętasz ją? Z nią. – Andrzej rozpromienił się. – W podstawówce za tobą latała. Nie dawała ci spokoju. Pamiętasz, jak uciekaliśmy przed nią po lekcjach? A mnie się podobała, już wtedy. Nie wiedziałeś? Jak wyjechałeś, bardzo przeżyła. Uwierzysz, chciała za tobą lecieć do Warszawy. Matka nie puściła. A potem zaczęliśmy się spotykać. Tak jakoś wyszło. Tu cię jednak prześcignąłem. No a ty? Widać, że żonaty. – Skinął na obrączkę Sławka.

– Żonaty – potwierdził. – Dzieci jeszcze nie ma.

– Rozumiem. A praca?

– W jednej firmie. Kieruję działem sprzedaży.

– No proszę ciebie. W Warszawie, auto z górnej półki… Najlepiej z nas wszystkich wyszedłeś – pochwalił Andrzej.

Sławek uśmiechnął się skromnie.

– Pamiętasz, jak łowiliśmy ryby? Albo jak uciekliśmy z domu na „biegun północny”? Ależ oberwaliśmy od rodziców. Ja przez tydzień nie mogłem usiąść…

– A jak prawie spaliliśmy szopę na działce? – przerwał mu Sławek.

– Ech, życie było. – W oczach Andrzeja pojawił się smutek. – Zawsze wiedziałem, że zajdziesz daleko.

– Nie zazdrość – powiedział Sławek.

– Nie zazdroszczę. No, może troszkę. Ale nie narzekam. Po teściu został stary „warszawiak”, wyremontowałem go, zmieniłem silnik – teraz gna jak wściekły. Małgosia dobra gospodyni, dzieci. Dałbym się za nich pokroić. Wiesz co? Jak tak policzyć, to nie mam prawa narzekać. A ty?

– Co ja? – Sławek nie zrozumiał.

– W Warszawie mieszkasz, praca, auto z górnej półki, kasa jest. Jesteś szczęśliwy? – Andrzej spojrzał poważnie.

– Nie wiem. Nie myślałem o tym. Do czego zmierzasz?

– Daj spokój. Wszystko rozumiesz. My z tobą z innych światów. Ty w garniturze… Nawet nie wiem, o czym z tobą gadać.

– Andrzej, przestań. Strasznie się cieszę, że się spotkaliśmy – Sławek się uśmiechnął.

– Cieszysz się? A czemu nie dzwoniłeś przez tyle lat? Wyjechałeś i po tobie – Andrzej lekko się obraził.

– Ty też nie dzwoniłeś –”Po latach gonitwy Sławek wreszcie zrozumiał, że prawdziwe szczęście nie mieszka w luksusowych apartamentach, lecz w zwykłych chwilach – tam, gdzie czeka na nas ktoś, kto pamięta nasze imię wypisane scyzorykiem na szkolnej ławce.”

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × dwa =

„Przyjaźń na zawsze”