Droga bez powrotu

10 marca

„Droga w jedną stronę”

— Może jeszcze mu majtki będziesz prała? Podkoszulki też? Przecież to dorosły facet, do cholery! Niech sam sobie radzi — rzucił Marek, gdy Kasia wkładała kurtkę.

Mówił niby bez oskarżeń, ale z takim chłodem w głosie, że żena na chwilę zamarła. Spuściła głowę, schowała ręce w kieszenie i bez słowa zapięła suwak.

— Może po prostu się zamkniesz? — odparła cicho.

Usłyszał kroki. Marek westchnął i wyszedł do salonu. Znowu wieczór. Znowu sam. A ona gna do tego swojego ojca…

Przed blokiem leżał śnieg. Nie ten biały, puszysty, który cieszy przed świętami. Ten już poddawał się marcowemu słońcu — nie topniał, tylko zamieniał się w chlupiącą breję pod butami.

Kasia wsiadła do samochodu i na moment oparła czoło o kierownicę. Chciało jej się płakać. Chciała, żeby ktoś zrozumiał. Ale nikogo nie było. Spojrzała na siatkę z zakupami.

Pieczone jabłka… Kiedyś ojciec je uwielbiał. Sam je przyrządzał, a teraz pewnie nawet nie pamięta, jak włączyć piekarnik.

Marek nie zawsze był taki zrzędliwy. Gdy się pobrali, był pełen energii, troskliwy, opiekuńczy. Kasię rozczulało, jak krzątał się przy niej i dzieciach.

Ale po narodzinach drugiego dziecka i rosnących wydatkach w nim coś się zmieniło. Dzielił świat na swoich i obcych. Dla „stada” był gotów na wszystko, ale każdą ingerencję z zewnątrz traktował jak atak. Pomaganie obcym uważał za słabość.

Najpierw Kasia znajdowała to nawet urocze. Potem przekonywała siebie, że to jego „język miłości”. A teraz, gdy „obcym” okazał się jej ojciec… Nie wiedziała, co robić.

— Wyprowadziłam się. Wynajęłam kawalerkę koło metra. Złożyłam pozew — powiedziała któregoś dnia Kasi matka.

Mówiła tak lekko, jakby chodziło o wybór zasłon do łazienki. Dla Kasi to był szok, choć wszystko wisiało w powietrzu od lat.

— No niby facet jak facet. Ale między nami już nic nie ma — żaliła się matka przyjaciółce.
— Przesadzasz. Nie pije, nie bije — to już coś — machnęła ręką tamta.
— I to wszystko, czego potrzeba do szczęścia? Nie, Maryś. Potrzebna jest jeszcze bliskość. A u nas jaka bliskość? On wieczorem przy komputerze, ja obok dziergam, żeby choć być blisko. Siedzimy w ciszy. Ani go wyciągnąć, ani zagadać.

Po rozwodzie matka jakby odżyła. Zaczęła chodzić na tańce, ogarnęła komputer (który wcześniej nienawidziła), zapisała się na wycieczki z nową koleżanką Basią.

Czasem Kasia łapała się na zazdrości. Choć nie było powodu. Po prostu matka zaczęła nowe życie, w którym nie było miejsca ani dla niej, ani dla ojca.

A ojciec… Jego życie się skończyło. Po podziale mieszkania wynajął ciemną kawalerkę na przedmieściu. Wszystko tam wyglądało jakby nasiąknięte jego smutkiem.

Kasia starała się wpadać raz w tydzień. Sprzątała, gotowała. Czasem po prostu siedziała. Na początku niechętnie przyjmował jej pomoc. Potem zaczął pić. Nie na umór, ale na tyle, by oczy mu szkliły, a słowa plątały się w ustach.

— Wyrzuciła mnie jak stary sweter — mamrotał. — A ty chcesz, żebym się cieszył?
— Tato, przestań. Nikt cię nie wyrzucał. Po prostu… zmęczyliście się sobą.
— Zmęczyła? Na Facebooku aż się ugina od zdjęć. A ja… Nic mi już nie trzeba.

Kasi pękało serce. Nie wiedziała, jak pomóc, ale zostawić go nie mogła.

— Wiesz — powiedział Marek pewnego wieczoru, gdy wróciła późno i przygnębiona. — Masz syndrom wybawcy. Zawsze musisz kogoś ciągnąć. Najpierw babcia, potem koleżanka. Dzieci odrobinę podrosły, teraz tańczysz wokół ojca.
— Nie ma nikogo. Tylko ja.
— Ma pięćdziesiąt cztery lata! Nie pierwszy i nie ostatni po rozwodzie. Zdrowy facet. Niech żyje, jak chce!
— Nie przywykł do samotności. Tonie w niej.
— A ty? Będziesz jego poduszką do płakania? Utopisz się z nim. A ja z tobą, jeśli na to pozwolę. Przestań go odwiedzać!

Kasia spojrzała na niego ostro, ale milczała. I tak będzie przyjeżdżać. Jawnie lub po kryjomu.

W mieszkaniu ojca, jak zawsze, duszno. Smród tytoniu, wczorajszej wódki i czegoś kwaśnego. Sam ojciec stał w drzwiach w przybrudzonej podkoszulce, z krzywym uśmiechem i dwudniowym zarostem. W kącie — dwa worki śmieci i kilka butelek.

— No to wchodź, skoro już jesteś — zachrypiał.

Kasia przeszła do kuchni. W zlewie kilka naczyń — niewiele, ale wyglądały na odłogiem leżące od dni. Na stole telefon rzęził jakimiś wiadomościami. Andrzej (bo tak miał na imię) zapalił papierosa. Kasia widziała, jak drżą mu dłonie, gdy krzesał ogień.

— Znowu piłeś? — spytała cicho, choć znała odpowiedź.
— A masz lepszy pomysł? — burknął, zaciągając się. — Słuchaj, po co ty w ogóle przychodzisz? Kazania czytać?

Kasia westchnęła, próbując przełknąć gulę w gardle. Przywykła już do jego zgryźliwości, nawet do tej dziwnej dumnej niewdzięczności. Ale nie mogła przywyknąć, jak powoli sam się niszczy.

— Przychodzę, bo jesteś mi ważny. Jestem twoją córką, pamiętasz?
— Och, daj spokój. Zaspokajasz tylko poczucie winy. Myślisz, że jak ugotujesz zupę i odkurzysz półki, to wróci jak było?
— Chcę chociaż nie stracić tego, co zostało.

Podniósł wzrok. Oczy mętne, ale na sekundę jakby oprzytomniał. Poruszył wargami. Chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły.

Nagle przed oczami Kasi stanął obraz z dzieciństwa. Lato. Miała osiem lat, spadła z roweru prosto na żwir. Kolana we krwi, ręce podrapane. Płakała, łkając, a ojciec w milczeniu wziął ją na ręce i zaniósł do domu.

Potem przemywał jej rany czymś piekącym i smarował jodyną. Tymi samymi dłońmi. Tylko że wtedy nie drżały od alkoholu. Wtedy szeptał, że wszystkoI wtedy właśnie zrozumiała, że czasami najtrudniej jest uratować kogoś, kto nie chce być uratowany.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − 4 =

Droga bez powrotu