Walcząc z alarmem, Krzysztof Rybka zrzucił go z metalowej konstrukcji i bosymi stopami podreptał do kuchni. Tam czekało na niego prawdziwe zaskoczenie. Przy kuchennym stole, z jedną nogą założoną na drugą, siedziała Kinga. Miała na sobie jedynie kokietli fartuszek z koronkami. Widok ten zmieszał Krzysztofa do tego stopnia, że zamknął oczy.
– Kochanie, wstałeś! – Kinga zerwała się z taboretu i zawisła na szyi oszołomionego Krzysztofa. – A ja już przygotowałam śniadanie!
– Naprawdę? I co to jest? – zapytał, patrząc na włóknistą masę.
– No jak to, Krzysiu? To jest brokuł na parze!
Krzysztof nigdy nie jadł „brokułów na parze”. Wolał bardziej prozaiczne śniadania.
– Może trochę majonezu? – zaproponował nieśmiało, nie mogąc przełknąć tego mdłego dania.
Widząc jednak, jak brwi Kingi ścią się w gniewną linię, szybko się wycofał:
– Oczywiście, kochanie! Bez majonezu!
„Za co mnie takie szczęście?” – myślał, dopychając porcję. Ale myśli te nie dotyczyły brokułów, a raczej bogini, która zasiadła na zniszczonym kuchennym taborecie w jego mieszkaniu. „Ta nimfa!… Wiedźma!… Moja Beatrycze!”
***
Po raz pierwszy Krzysztof zobaczył Kingę w teatrze, gdzie od trzydziestu lat pracował jako elektryk. Pewnego dnia, naprawiając przepaloną lampę, skierował światło na scenę i… ujrzał ją! Subtelną, eteryczną istotę, która zapadła mu w duszę. Od tej pory nie miał spokoju.
Nie należał do mężczyzn, którzy uganiają się za każdą spódnicą. W tym kultowym miejscu miał opinię porządnego człowieka, i to pewnie dlatego los zesłał mu Kingę.
***
Po szybkim goleniu zaczął się ubierać do pracy.
– Może byś mi wyprasowała koszulę? – zwrócił się nieśmiało do Kingi.
Ale „nimfa-Beatrycze” była zbyt zajęta swoimi boskimi sprawami.
– Kochanie, zrób to sam? – zamruczała, nie odrywając wzroku od smartfona.
– No dobra, sam – westchnął Krzysztof.
Nie wiedział, gdzie o tej porze chowa się żelazko, więc po męsku rozgładził koszulę wilgotnymi dłońmi. Wziął torbę, cmoknął Kingę leżącą na kanapie i wybiegł do pracy.
Dopiero w tramwaju zrozumiał, że coś jest nie tak. Spojrzał na siebie – w torbie brakowało kanapek owiniętych w folię albo pojemniczka z kotletami.
„Nic straconego, coś kupię w bufecie” – pocieszył się.
***
„Kochanie, przelej mi sto pięćdziesiąt złotych. Dzisiaj mam manikiur!”.
Wiadomość od ukochanej zaskoczyła Krzysztofa. Nie wiedział, że manicure może być tak drogi. Ale nie chciał jej zawieść.
„Jeśli coś, pożyczę od Zbyszka do wypłaty” – pomyślał, naciskając „przelej”. Piękno wymaga ofiar!
Pół godziny przed końcem pracy dostał drugą wiadomość:
„W drodze do domu kup awokado i mleko bez laktozy na kolację! Buziaki!”
Z wymienionych produktów znał tylko mleko. Kręcił się między półkami, gubił się w działach. W końcu poprosił o pomoc ekspedientkę.
– Ile awokado? – uprzejmie zapytała, niosąc mleko w stronę warzyw.
Krzysztof znów się zmieszał. Nie wiedział, ile zwykle się kupuje.
– Dwa kilo, proszę! – rzucił, by nie wyjść na ignoranta.
Płacąc w kasie, pomyślał z goryczą, że jednak będzie musiał pofatygować się do Zbyszka. Choć zwykle sam pożyczał innym, nigdy nie prosił o pomoc.
„Pierwszy raz musi być!” – powtarzał sobie, wlokąc siatkę z dziwnym warzywem.
Kinga przywitała go z otwartymi ramionami. Lśniła w czymś półprzezroczystym i jedwabistym, aż zakręciło mu się w głowie.
– Krzysiu, tak za tobą tęskniłam! – szczebiotała, gdy wyciągał awokado.
– A co na kolację, skarbie? – spytał, ukrywając burczenie brzucha.
– Już będzie! – zawołała Kinga.
I wtedy rozległ się domofon.
– O, kolacja przyjechała! – ucieszyła się. – Krzysiu, zejdź się rozpraw z kurierem!
„Co za diabła można zamówić za tyle pieniędzy?” – myślał, dysząc na schodach. „Pudełko waży tyle, co nic, a kosztuje jak opona!”
– Co to? – spytał, gdy wrócił.
W przezroczystym pudełku leżała dziwna żywność posypana zielonymi listkami.
– Nie znasz? To sushi! – wyjaśniła Kinga. – Tradycyjne japońskie danie!
Krzysztofowi nie smakowało. Pocieszał się tylko, że Kinga była zachwycona i zjadła prawie wszystko.
***
Następnego ranka nie zastał śniadania. Kinga spała, rozrzuciwszy złote loki.
– Kochanie, zostaw dwieście pięćdziesiąt złotych – zamruczała przez sen. – Dzisiaj mam depilację cukrową.
Pierwszym odruchem Krzysztofa był gniew. Ale nie znał słowa „depilacja”.
„Może to coś medyczne?” – pomyślał zawstydzony.
– Oczywiście, skarbie! – powiedział i poszedł do kuchni.
Nalał mleka bez laktozy i szukał czegoś do zjedzenia. W chlebaku znalazł wyschnięty kromkę, a w lodówce – wczorajsze awokado. Nie wiedział, czy jeść je surowe, gotować czy smażyć.
– Już idziesz? – spytała Kinga, nie odrywając wzroku od telefonu.
– Tak. A ty, skarbie, kiedy do pracy?
Oderwała się od ekranu.
– Co? Jaka praca? – zdziwiła się. – Zapomniałeś, że jestem twoją żoną? Wcześniej musiałam zarabiać, ale teraz ty jesteś żywicielem rodziny! Moja rola to dbać o dom i inspirować cię!
***
Wrócił z pracy wściekły i głodny. W kuchni czekało tylko wczorajsze awokado. W sypialni Kinga malowała twarz przed lustrem.
– Wróciłeś? – ucieszyła się. – Przebieraj się! Idziemy na imprezę!
– Gdzie?
– W klubie gra dj z Argentyny! Będzie piana!
– Kinga, jestem zmęczony – westchnął. – Nic nie jadłem od dwóch dni. Nie chce mi się nigdzie iść.
Powoli odwróciła głowę i ściągnęła brwi.
– Nie pójdziesz? – spytała groźnie.Krzysztof westchnął głęboko, spojrzał na swoją żonę i uśmiechnął się, bo przecież nie ma nic cenniejszego niż jej szczęście, nawet jeśli oznaczało to kolejną szaloną noc w klubie.



