**Wszyscy znoszą**
— O-o, witaj, królestwo bałaganu! Wiktoria, ty ciągle siedzisz w domu. Mogłabyś przynajmniej pozmywać — upomniała matka, ledwo przekraczając próg kuchni.
Wiktoria właśnie wyciągała pościel z pralki. Mokra tkanina ciężko zwisała z jej rąk, a wilgoć chłodziła skórę nieprzyjemnie. Palce drżały ze zmęczenia, w plecach ciągnęło, a każdy ruch sprawiał ból.
W drugim pokoju ktoś cicho zapłakał. Tymek. Znów się obudził.
— Mamo, naprawdę myślisz tylko o tym? — spytała Wiktoria z pustym spojrzeniem. — Wiesz przecież, że dzieci chorują.
Lidia postawiła na stole torebkę z pomarańczami. Objęła wzrokiem kuchnię niczym doświadczony rewident i ciężko westchnęła.
— Po prostu nie rozumiem, jak można żyć w takim syfie. Masz tylko dwoje dzieci, nie dziesięcioro. I męża.
Wiktoria nie odpowiedziała. Zawiesiła poszewkę na kaloryferze i na moment zastygła, zgarbiona. Chciało jej się krzyczeć matce w twarz, że dwoje to też wyzwanie, ale już nie miała na to siły.
Cała jej energia poszła na kaprysy Tymka, walkę z gorączką Zosi, niekończące się gotowanie, poranne pośpiechy do przedszkola i nieprzespane noce. Wszystko to wisiało na niej jak kamień u szyi. A na dokładkę — jeszcze matka z jej obsesją na punkcie czystości.
Wiktoria wyszła do przedpokoju, by złapać oddech. Zajrzała do sypialni. Zosia spała, mokre loki przylepione do czoła. Tymek już siedział w łóżeczku, niecierpliwie pocierając piąstkami oczy.
— Myślałam, że przyszłaś mi pomóc — syknęła Wiktoria, wracając na kuchnię z synem na rękach. — Naczynia mogą poczekać, lepiej posiedź z dziećmi.
— Wiktoria, czyje to dzieci? Twoje. Ja już nie jestem młodziutka. Łatwiej mi z naczyniami niż z nimi.
— Mamo! Możesz choć na chwilę zapomnieć o tych cholernych talerzach i przestać szukać kurzu? Jedno ma gorączkę, drugie cały dzień na rękach! Nie spałam już trzecią noc. Ani twoje pomarańcze, ani wykłady, ani mopy mi nie pomogą.
Lidia wciągnęła powietrze nosem, nozdrza lekko drżały.
— Pomagam, jak potrafię.
— Nie, nie pomagasz. Tylko dokładasz. Jak zawsze.
Wiktoria postawiła synka w kojcu, po czym chwyciła torebkę i podała matce.
— Zabierz swoje pomarańcze i idź. Proszę.
W pokoju zapanowała cisza, nawet Tymek ucichł. Lidia spojrzała na córkę z politowaniem, potem na siatkę. Wyszarpnęła ją gwałtownie, jakby trzymała w rękach bombę, i wyszła.
Gdy ucichło w piersi, Wiktoria usiadła na podłodze obok kojca i przytuliła synka. Ten kichnął jej na ramię. Kobieta westchnęła — tylko tego jej brakowało.
Dawniej zawsze tłumiła gniew i znosiła uwagi matki w milczeniu. To przecież mama… Tak bywa. Wiele jej znajomych ma podobne historie. Nie tylko o matkach — teściowe, babcie. Wszyscy znoszą.
Wiktoria wierzyła, że kiedyś Lidia się zmieni. Ale ta pozostawała taka sama.
Kiedyś, w podstawówce, zajęła trzecie miejsce w konkursie języka polskiego. Dostała dyplom i czekoladę. Pobiegła do domu, promieniejąc dumą, by pochwalić się matce. Chciała powiedzieć, że to też częściowo jej zasługa, ale nie zdążyła.
— Znowu pobrudziłaś kurtkę! I tak chodziłaś po ulicy? — jęknęła Lidia. — Dziewczynka powinna być schludna.
Gdy w dzienniku znalazła się choć jedna czwórka, matka urządzała awanturę. Gdy Wiktoria myła podłogę, Lidia sprawdzała za drzwiami i pod kaloryferem.
Nigdy nie chwaliła córki. W najlepszym razie milczała, w najgorszym — szukała powodu do przytyku. Jej komplementy były jak bon na niedostępny towar, a Wiktoria nigdy ich nie dostała.
Jan, jej mąż, wiedział o tym. Słyszał nieraz, jak Lidia mówiła coś w stylu:
— Po co im tyle zabawek? Za moich czasów wystarczyły klocki i puzzle.
Wiktoria starała się nie zapraszać matki na obiady. Ale jeśli już musiała, wiedziała, że czeka ją kolejna fala krytyki.
— Mięso znowu suche. Przesuszyłaś.
Ale żeby Lidia zapytała, jak się czuje, czy czymś się martwi? Nigdy.
Tego wieczoru Wiktoria napisała do Jana, by się wygadać. Wiedział, że Zosia choruje. Wiedział, że żona ledwo daje radę. Znał stosunki z teściową. Ale był w delegacji. MogAle gdy spojrzała na śpiące dzieci i usłyszała cichy śmiech Aliny czytającej bajkę Tymkowi, poczuła, że wreszcie ma kogoś, kto naprawdę jest po jej stronie.



