— Dziewczyno! Dziewczyno, stój! No zatrzymaj się! — Kinga odwróciła się i zobaczyła, że goni ją jakiś chłopak w czapce. Czapka wydała jej się jakoś znajoma, ale gdzie mogła ją wcześniej widzieć? — Uff! W końcu! Trenujesz sprinty?! Ledwo cię dogoniłem! Marek. Możesz mówić po prostu Marek. W dowodzie Marek Janusz Kowalski. Porządnie, dostojnie, inteligencko. Ja… Ufff, chwileczkę… — Chłopak schylił się, oparł pięściami o kolana, nie mógł złapać tchu. Czapka zsunęła mu się z głowy i upadła na chodnik. Kinga odruchowo też się schyliła, chciała podnieść czapkę i zderzyła się głową z Markiem, dostojnym i inteligenckim.
— Ojej! No wiesz! — oburzyła się dziewczyna, pocierając stłuczone czoło. Już chciała odejść, ale Marek złapał ją za rękę.
— Czekaj! Przepraszam, to był przypadek. Jezu, co za dzień! Jesteś siostrą Michała? Tego od Krzysztofa? — szepnął, wciągając czapkę z powrotem na głowę. — Widziałem cię u niego w domu, tylko byłaś taka malutka… — Pokazał palcami, jak mała była Kinga.
— Co, przegrzałeś się na słońcu? — spojrzała na niego z góry. — Jak byłam taka malutka, ty pewnie jeszcze się nie urodziłeś! Czego chcesz? Zatrzymujesz mnie!
— Więc nie jesteś Kasią? Kasią Michałowską? — zmartwił się chłopak, znów mierząc palcami, jaka Kinga była w dzieciństwie.
— Nie. Jestem Kinga Nowak. Do widzenia! — ruszyła stanowczo w stronę metra, ale Marek nie odpuszczał, uparty inteligent.
— No, już się poznaliśmy! Ty Kinga, ja Marek, super, nie? Dlaczego taka markotna? I torbę nosisz ciężką. Pomogę! — Sięgnął już po siatkę, ale Kinga odskoczyła, jakby dostojny Kowalski miał ją ukąsić albo ukraść pieniądze.
— Idź już swoją drogą! Aaaa! — domyśliła się. — Tak poznajesz dziewczyny, co? Ciekawe! Ale…
— No widzisz, już jesteś ciekawa! Daj tę torbę, nie ucieknę. Buraków i cebuli mamy pod dostatkiem — kiwnął głową na wystające z siatki warzywa. — A w ogóle to dużo wiem! Wiem, dlaczego samoloty nie spadają, skąd się bierze piorun, jak działa perpetuum mobile, jak domowymi sposobami wyprać plamy po wiśniowym dżemie, jak…
Chciał kontynuować, ale Kinga nagle wybuchnęła śmiechem, wcisnęła mu siatkę i kazała iść przodem.
— Czytałeś encyklopedię dla dzieci? — spytała, w końcu przestając się śmiać.
— No i to też. Mieszkam z babcią. A moja babcia, Zofia Janina, mama mojego taty, Jana, to kobieta bardzo wymagająca w kwestii edukacji! Włożyła we mnie „wszystko”.
Marek próbował pokazać jedną ręką, jak babcia wpychała w niego wiedzę, ale wyszło niezrozumiale.
— Co machasz rękami? Sygnalizujesz? Zaraz mnie okradniesz? — spięła się Kinga.
— Oj, daj spokój! To tak babcia Zocha wpychała we mnie wiedzę. Książki, filmy dokumentalne, wykłady w letnim teatrze, słuchowiska. Ona u nas, rozumiesz, zarządza oświatą, a jej głównym zadaniem było oczywiście moje oświecenie. Mogę ci powiedzieć, jak wyhodować kurczaka z jajka, jak rozmnożyć fikusa, jak naprawić syfon, jak…
— Nudne. Chcesz loda? — Kinga coraz bardziej lubiła tego inteligentnego Marka z jego czapką i syfonami.
— Nie, dziękuję. Laktoza mi szkodzi, wolę oddychać. Tlen odżywia mózg — machnął ręką. — Ale tobie kupię. — Pani! — zwrócił się do sprzedawcy. — Jedno waniliowe w waflu.
— Skąd wiedziałeś? — zdziwiła się Kinga, szybko chwytając jego rękę z pieniędzmi i płacąc sama.
— Dlaczego tak ze mną? Ja stawiam! — obruszył się Marek.
— Ja też wychowywałam się głównie z babcią. Ona też ma surowe zasady! Chodźmy, nie stoimy! Uczyła mnie, żeby nie być zależną od mężczyzn. „Wszystko sama, Kinga, sama! Niezależność to to, o co kobiety walczyły!” — mniej więcej tak mówiła. Reszty cytatów nie pamiętam, ale sens załapałam. I tak już jestem ci winna, że niesiesz siatki. A…
— A kobiety muszą wszystko robić same, rozumiem — kiwnął głową, poruszając nosem. — Ale, wiesz, ty z twoją babcią kompletnie nic nie rozumiecie! — dodał, ledwo nadążając za szybko kroczącą Kingą.
— Jak to?! — Dziewczyna aż się zakrztusiła.
— No tak! Nie wiem, co tam twoja babcia cytowała, ale moja mówiła, że facet bez pracy to jak mrówka bez patyka, marnieje. Nie gniewaj się, ale z babcią Zochą was prześcignęliśmy. I szkoda, że walczyłyście o tę waszą niezależność. Gdzie dalej?
— Tam! — machnęła ręką w prawo, marszcząc brwi. — Moja babcia, nawiasem mówiąc, to szanowana osoba! Nie może się mylić. Budowała metro. Ma medale.
— Metro to dobrze — zgodził się Marek, zmieniając temat, bo spór o babcie do niczego dobrego nie prowadził. — A wiesz, dlaczego wieje wiatr? Wydaje się proste, ale odpowiedź cię zaskoczy!
— No, daj spokój! Mądrala! — prychnęła Kinga. — Masy powietrza o różnej temperaturze, przemieszczając się…
— Ooo! Nie, Kinga, myślisz zupełnie nie w tę stronę! Pozwól, że wytłumaczę! Jak mawiała moja babcia, kiedy jako trzylatek zadałem jej to pytanie, wiatr powstaje, bo drzewa się kołyszą. I to fakt niepodważalny. Nigdy nie udowodnisz, co jest pierwsze. A moja babcia Zofia też nie mogła. A wykładu w domu kultury nie poszliśmy, bo dostałem anginy. Idziemy dalej! Śnieg! Kinga, nie masz pojęcia, jak piękny jest pod mikroskopem płatek śniegu! I kruchy! I… Kinga! Gdzie ty?! — Marek zorientował się, że od pół minuty idzie sam, a Kinga skręciła w boczną uliczkę. — Czekaj! Mam twoje buraki! I cebulę! I w ogóle, mam cię odprowadzić! Gdzie ty poszłaś?! Tak krócej!
Marek pognał z powrotem, czapka podskakiwała mu na głowie, a monety grzechotały w kieszeni.
— No, gdzie jestA kiedy po trzech latach wzięli ślub, obie babcie siedziały w pierwszym rzędzie, spierając się cicho o to, która z nich bardziej przyczyniła się do tego szczęścia, a Marek i Kinga śmiali się, bo wiedzieli, że to nie koniec ich wspólnych przygód.



