— Dziewczyno! Dziewczyno, stój! No zatrzymaj się! — Kinga odwróciła się i zobaczyła, że goni ją jakiś chłopak w czapce. Czapka wydała jej się dziwnie znajoma. Ale gdzie mogła ją widzieć wcześniej? — Uff! W końcu! Trenowałaś sprint, czy co? Ledwo cię dogoniłem! Innocenty. Można po prostu Krzysiek. W dowodzie Innocenty Lechowicz Słowik. Poważnie, dostojnie, inteligencko. Ja… Ufff, chwileczkę… — Chłopak pochylił się, oparł pięściami o kolana, za żadne skarby nie mógł złapać tchu. Czapka zsunęła mu się z głowy, upadła na asfalt. Kinga odruchowo też się schyliła, chciała podnieść czapkę, ale zderzyła się głową z Innocentym, tym dostojnym i inteligenckim.
— Aj! No wie pan! — oburzeni— Przepraszam, to przypadkiem — szepnął Krzysiek, poprawiając czapkę z powrotem na głowę. — Ale… czy pani nie jest przypadkiem siostą Michałowskiego? Tego od geologii? — i nagle wyciągnął z kieszeni pogniecioną fotografię, na której stała mała, uśmiechnięta dziewczynka, trzymająca tę samą, charakterystyczną czapkę.



