**Dziennikowe zapiski**
— Nas nie liczcie do wspólnego budżetu. Przywieziemy swoje jedzenie — napisała Kinga w grupowym czacie. — No i jesteśmy na diecie, jemy jak wróbelki…
To był pierwszy dzwonek.
Ewa siedziała w autobusie, trzymając telefon w jednej ręce. Drugą przyciskała do siebie dużą torbę. Przeczytała wiadomość dwa razy. Może tylko jej się wydawało? Wiadomość była grzeczna, ale… jakby ktoś już wcześniej szukał sposobu, żeby się wymigać.
Czat dotyczący majowego wyjazdu non-stop migał w powiadomieniach. Niedawno dołączyli nowi ludzie. Marek i Kinga byli znajomymi Krzysztofa, a on był szanowany i sprawdzony, od dawna w tej grupie, więc nikt nie miał wątpliwości.
Atmosfera była ciepła i przyjacielska. Wszyscy mieli koło trzydziestki. Dorośli, odpowiedzialni, zorganizowani, ale z poczuciem humoru. Znali się od lat, więc mieli wiele niepisanych zasad. Każdy miał swoją rolę.
Krzysztof wprowadzał nowych. Ewa zajmowała się organizacją spotkań i wyjazdów. Już przygotowała listę uczestników, zaproponowała trasę, wynajęła domki nad lasem — z werandą, altaną i normalnym prysznicem. Wszyscy się zgodzili, zaczęli planować zakupy. Na liście były kiełbaski, grzyby, węgiel, ketchup, wino.
I wtedy pojawiło się to:
— Nas z Markiem można pominąć — napisała Kinga. — Jesteśmy na diecie, przygotujemy sobie osobno. Nic nie potrzebujemy.
Ewa odpowiedziała neutralnie: „OK, jak uważacie”. I odłożyła telefon.
Teoretycznie — żaden problem. Może ktoś się zdrowo odżywia, może na keto. Niech nawet wodę piją w rytm faz księżyca. W grupie był już chłopak, który nigdy nie dokładał się do mięsa, bo był wegetarianinem. Ale za to zawsze przywoził więcej warzyw, niż mógł zjeść, i robił na grillu takiego wege-szaszłyka, że palce lizać.
Dziwactwa to nic nowego. Ważna jest dobra wola i zaangażowanie. Ale coś w tym „nas nie liczcie” sprawiło, że Ewę przeszedł dreszcz. Było w tym coś… śliskiego. Postanowiła jednak nie wyciągać pochopnych wniosków.
W dzień wyjazdu pogoda była bajkowa. Ciepło, świeżo, lekki wiaterek. Wszyscy przyjechali na czas, niczego nie zapomnieli, nawet nie trzeba było wracać po sztućce czy otwieracz. Zapach lasu i krystaliczne powietrze od razu poprawiły humory.
Zajęli domki, rozpakowali się, ktoś od razu zabrał się za rozpalanie grilla.
Kinga z Markiem dojechali pod wieczór, gdy większość organizacyjnych spraw była już załatwiona. Ich „własnym” jedzeniem okazała się torba z małym blokiem sera, paroma pomidorami, opakowaniem ryżowych chlebków i dwoma butelkami piwa. Ewa spojrzała na ich zapasy i pomyślała: „Na wieczór może starczy. Ale na trzy dni?”
Rozsiedli się na ławce z boku. Zjedli swój ser, stuknęli się butelkami, zrobili zdjęcia na tle zachodu. Potem powoli zaczęli się zbliżać do reszty. Po pół godzinie Marek stał już przy grillu.
— Co tak pachnie? Kiełbaski, tak? Aż ślinka leci…
— No tak, z wami na diecie nie posiedzisz — zaśmiała się Kinga, podchodząc bliżej.
Ewa spojrzała na Olę obok. Ta ledwo zauważalnie wzruszyła ramionami. No cóż, nie wygonisz, trzeba poczęstować. W ich grupie nie wypadało robić nikomu scen, zwłaszcza nowym.
Do nocy Kinga z Markiem jedli i pili ze wspólnego stołu jak swoi. Śmiali się, opowiadali kawały, śpiewali przy gitarze. Trzeba przyznać — byli sympatyczni i nie wywyższali się. Ale Ewa miała wrażenie, że ich trochę wykorzystali.
Zasnęła z tym dziwnym uczuciem. Nie z pretensjami, ale gdzieś tam narodziło się pierwsze ziarenko irytacji. Rodzice zawsze uczyli ją: jeśli chcesz być częścią grupy, graj fair i pokazuj karty. A Marek z Kingą weszli do gry, trzymając swoje asy w rękawie. A zysk dzielili z wszystkimi.
Już wtedy, tej pierwszej nocy, Ewa pomyślała: „Jeśli to się powtórzy, trzeba będzie coś zrobić”. Ta myśl ją zmroziła, bo nie wypadało wychowywać dorosłych. Ale postanowiła odrzucić negatywne emocje. Przyjechali tu odpocząć, nie liczyć cudze porcje. Na razie to tylko jednorazowa dziwactwo.
Jak się okazało później, to nie była dziwactwo. To był sprytny sposób, żeby zjeść za darmo.
— Znów się składacie? No to my jak zwykle — z naszymi sałatkami. Liczymy kalorie — śmiała się Kinga w wiadomości głosowej.
Jej słowa brzmiały, jakby chodziło o zorganizowanie imprezy, na której każdy przynosi, co ma w domu. Bez przymusu i wydatków.
Ewa słuchała tej wiadomości właśnie w drodze do sklepu po kaszę i nowy kartusz do kuchenki. Planowała, kto weźmie samochód, kto pokryje paliwo, kto kupi mięso, naczynia, kawę. I znowu to „my jak zwykle”.
W ciągu roku takich „zwykle” było ze pięć. Letnie grillowanie na działce u Oli. Wrzesniowy wyjazd nad jezioro. Jesienny piknik w parku z herbatą i kanapkami. Marek z Kingą za każdym razem pojawiali się z małą torbą, w której mieli swój skromny prowiant: parę bananów, sałatkę z kapusty i butelkę wina z Biedronki na promocji.
A jednak nigdy nie wracali głodni.
— Smaczne wino? — pytał Marek z udawanym zainteresowaniem, nalewając sobie z butelki, którą przywiózł Tomek.
— Staramy się jeść warzywa. Drogo, ale zdrowo. Miałam suchą skórę, a teraz — zobaczcie! A to ja tak tylko spróbuję… — mówiła Kinga, nakładając sobie kanapkę z cudzą szynką.
Na początku wywoływało to niezręczne uśmiechy. No cóż, specyficzna para. Bywa. Może nie stać ich na dokładanie się. Może wzięli kredyt.
Potem ludzie zaczęli się wymieniać spojrzeniami. A w końcu — rozmawiać.
— Widziałaś, ile oni zjedli? — szepnęła Ola do Ewy, pakując resztki jedzenia po kolejnym grillu.
— Marek chyba trzy razy podbierał kiełbaski. I sam wyczyścił sałatkę z krewetek — odparła Ewa, wkładając mięso do pudełka.
Zaczęły się żarty z podtekstem. Tomek spytał Marka, jak pół kilo kiełbasek mieści się w dziennym limicie kalorii. Ola zDopiero gdy rok później spotkaliśmy ich w Galerii Mokotów, obładowanych drogimi zakupami, a oni szybko skręcili w alejkę, udając, że nas nie widzą, zrozumiałem, że nie chodziło im o dietę, tylko o wygodę — i nigdy więcej nie pozwoliliśmy, by ktoś taki zakłócał naszą wspólną radość.



