Przypomniałam sobie, że kocham
I stało się… moje małżeństwo odżyło po remoncie. Myślałam, że już zapomnieliśmy, jak to jest czuć. Szesnaście lat razem. To jak stary sweter – wygodny, znajomy, tylko już nie grzeje.
Z Tomkiem żyliśmy w przewidywalnym rytmie: praca, kolacja, krótkie rozmowy przed snem. Nie kłóciliśmy się, nie wyjaśnialiśmy nic – po prostu istnieliśmy obok siebie. Spokojnie, niemal jak rodzeństwo. Bez iskier, bez szaleństw. Czasem wydawało mi się, że jesteśmy jak dwa drzewa: korzenie splątane, ale korony od dawna ciągną się w przeciwnych kierunkach.
Aż zaczął się remont.
Nie z własnej woli się zakrzątnęliśmy. Kuba pierwszy raz wyjechał na kolonie nad morze. Na dwa turnusy! „Mamo, jestem już duży!” – oświadczył dumnie nasz dwunastoletni syn, pakując trampki ze świecącymi podeszwami. Staliśmy z Tomkiem na peronie, machając do odjeżdżającego pociągu, a gdy wróciliśmy do pustego mieszkania, dotarło do nas: teraz jesteśmy tylko my i te ściany, które pamiętają nas zupełnie innych.
Żeby nie zwariować, wynajęliśmy kawalerkę, a w naszym mieszkaniu zamieszkali obcy ludzie – hałaśliwi, śmierdzący farbą i potem. Wśród nich był Artur.
Wysoki, z twardymi dłońmi i zimnym wzrokiem. Przypominał mi młodego Tomka – barwą głosu, nawykiem mrużenia oczu, gdy się zastanawiał. Ale jeśli Tomek mówił do mnie łagodnie, nawet gdy był zły, to Artur wrzeszczał na żonę przez telefon tak, że aż wstyd było słuchać.
Pierwszy raz usłyszałam, jak mężczyzna może tak traktować kobietę, która urodziła mu dwoje dzieci. Przez zęby, z irytacją, jakby była mu coś winna. A potem okazało się, że ma jeszcze kochankę.
Pewnego dnia weszłam po zapomniane plany i zastałam go w salonie z młodziutką dziewczyną. Piszczała ze śmiechu, gdy opowiadał głupi dowcip. Potem złapał ją w pasie i przycisnął do jeszcze niepomalowanej ściany.
I nagle się wystraszyłam.
Nie o nią – o siebie.
A co jeśli Tomek też ma gdzieś taką głuptasę, która cieszy się jego uwagą jak łaską? Co jeśli od lat żyje podwójnie, a ja jestem ostatnia, która się o tym dowie?
Tamtego wieczoru przyglądałam się mężowi przy kolacji. Szukałam w jego oczach tego samego – obojętności, zmęczenia, chęci ucieczki. A on nagle spytał:
– Jak ty się trzymasz w tym całym bałaganie?
Tymczasem robotnicy zerwali stare tapety w naszej kostce, a spod warstw papieru wyłoniły się ślady naszych pierwszych lat. To rozmyta, różowa plama. To my z Tomkiem, pijani od szampana, świętowaliśmy nowe mieszkanie. Wtedy podniósł mnie na ręce, ja krzyknęłam, butelka wyśliznęła się – i pół zawartości wylądowało na ścianie.
A tu wgniecenia po gwoździach – ślady tej półki, którą Tomek majstrował cały weekend, gdy byłam u rodziców. „Nie wchodź!” – krzyczał za drzwiami, a ja się śmiałam i tupałam z niecierpliwości. Półka wyszła krzywo, ale stała dziesięć lat.
… Trzy dni później pojechaliśmy wybierać tapety.
Tomek, który zawsze zostawiał mi decyzje, nagle ożył. Przykładał wzory, pytał: „Które ci się bardziej podobają?”. Nie spieszył się, nie oszczędzał – wybierał. Dla nas. Dla naszego domu. Gładził faktury palcami, zastanawiał się:
– Myślisz, że ten perłowy odcień będzie ładnie wyglądał przy lampie?
Gdy doszliśmy do tapet do sypialni, sięgnął po delikatnie błękitne, z ledwie widocznym srebrnym wzorem.
– Jak w tym hotelu w Sopocie – mruknął.
Zadrżałam: jeszcze przed ślubem, na naszej pierwszej wspólnej wakacyjnej wyprawie, przegadaliśmy całą noc na balkonie, słuchając morza. Ściany były dokładnie tego samego koloru.
Potem był salon meblowy, gdzie uparł się na fotel z wysokim oparciem – „żebyś mogła czytać przy dobrym świetle”.
– Skąd wiesz, że tego potrzebuję? – spytałam.
– Żyję z tobą szesnaście lat – uśmiechnął się. – Coś tam musiałem zapamiętać.
W jego głosie nie było irytacji, tylko ciepła, cicha czułość. Ta sama, z naszych początków. I wtedy zrozumiałam: on wciąż mnie kocha. Po prostu to uczucie zagubiło się gdzieś w codzienności, w rutynie, w dniach jak dwa krople wody podobnych do siebie.
Ale nie zniknęło.
– Sami przykleimy tapety w sypialni – niespodziewanie zaproponował Tomek, gdy remont miał się ku końcowi.
Zamarłam.
– Przecież nienawidzisz kleić tapet…
– Nienawidziłem – uśmiechnął się. – Ale dla naszego pierwszego mieszkania się przemogłem, pamiętasz?
Tak, pod warstwą codzienności, pod ciężarem lat, pod przyzwyczajeniem – wciąż żyje ten sam chłopak, który nosił mi kawę w termosie przez pół miasta. Tylko zapomnieliśmy, gdzie się schowaliśmy.
… I oto stoimy w środku sypialni, a Tomek znów, jak lata temu, myli górę i dół tapety:
– Cholera – mruczy – dlaczego zawsze wyglądają tak samo z obu stron?
Śmieję się i podaję mu nowy arkusz. Za oknem lipcowy deszcz, a w głowie – wspomnienia. Oto malujemy ściany w pierwszym mieszkaniu, a Tomek przypadkiem przyciska dłoń do świeżej farby. Oto jesteśmy w domu rodziców, gdzie potajemnie przemalował tapety w moim pokoju, gdy mieszkałam w akademiku.
– Tylko żeby do 25-go skończyć – mówię. – Kuba wraca.
Tomek kiwa głową i nagle bierze moją rękę, umazaną w kleju.
– Pamiętasz, jak kleiliśmy tapety w jego szkole?
Jak zapomnieć. My, odpowiedzialni rodzice pierwszoklasisty, zgłosiliśmy się do wspólnego klejenia. Ściany były pomalowane, a my nie wiedzieliśmy, że takiej farby trzeba się pozbyć. Rano wszystkie pasma, jak na złość, odkleiły się. Musieliśmy na gwałt skuwać farbę i zaczynać od nowa.
– No, wtedy naprawdęI wtedy, gdy ostatni kawałek tapety przywarł do ściany, poczułam, że coś w nas też na nowo się skleiło, jakby te dłonie splątane w kleju były metaforą naszego małżeństwa – nieidealnego, ale trwałego.



