**SERCE ZABIŁO PONOWNIE**
Katarzyna urodziła swoją Zosię, nie wiedząc nawet, od kogo. Mówiąc wprost – „pośliznęła się” przed ślubem.
Tak, owszem, starał się o nią pewien młody człowiek. O rękę nie pytał, za to był olśniewająco przystojny i uprzejmy. Kasia prowadziła go pod rękę z dumą, mijając babcie-słoneczniki, które jak zwykle siedziały na ławce pod blokiem i śledziły każdy ruch przechodniów.
Młody człowiek nie pracował. Wolał fruwać przez życie jak motyl. Kasia go karmiła, poiła, układała do snu. Gotowa była rozłożyć się jak dywan pod jego stopami.
Ale pewnego dnia oznajmił, że jest z nią strasznie nudno, że nie docenia go jako mężczyzny. I w ogóle, mogłaby go chociaż raz zabrać nad morze, jeśli go kocha…
Kasia płakała tydzień. Potem podarła zdjęcia „niedokochanego” i spaliła je. Miesiąc cierpiała w samotności. Aż w końcu poznała Jacka.
Pewnego ranka Kasia spóźniała się do pracy. Nerwowo czekała na autobus, gdy zatrzymała się obok niej taksówka. Kierowca otworzył drzwi i zaproponował podwiezienie. Kasia, bez namysłu, wskoczyła do środka.
W drodze kierowca zagaił rozmowę. Kasia od razu go oceniła – był po czterdziestce, schludny, ogolony, w wyprasowanej koszuli. Ujęła ją też jego galanteria. Cały jego wygląd zdradzał opiekę kobiecej ręki. Kasia uznała, że to pewnie matka.
Jacek – tak się przedstawił – był przeciwieństwem tamtego pierwszego. Kasia bez wahania zostawiła mu swój numer. To był jedyny raz, gdy przejechała się taksówką za darmo.
Zaczęli się spotykać. Jacek obsypywał ją kwiatami, dawał prezenty, kochał czule.
Pewnej wiosny spacerowali po lesie. Było radośnie, lekko. Kasia zbierała przebiśniegi. Widząc jej zapał, Jacek też się przyłączył. Zebrali cały „plon”. Kasia usiadła w aucie z bukiecikiem, a Jacek położył swój ogromny bukiet na tylnym siedzeniu. „Dla żony” – pomyślała Kasia. Nie odważyła się zapytać. A jeśli jest żonaty? A ona już przywykła do tego uprzejmego człowieka… Wolała słodkie złudzenie. Milczała.
Ale wkrótce do drzwi Kasi zapukała żona Jacka. Przyszła z dwójką małych dzieci i oświadczyła:
– Proszę je wychowywać! One bardzo kochają tatę!
Kasia, zaskoczona, tylko wyjąkała:
– Przepraszam, nie wiedziałam. Nie będę wam wchodzić w drogę. Nie moja chata, nie mój kąt.
Tego wieczoru skończyła z „żonatym”.
Następnym był Giorgi. Gruzin. Ich romans był krótki jak wiatr. Wpadł w życie Kasi jak huragan i równie szybko zniknął.
Poznali się na urodzinach koleżanki. Giorgi od razu wziął ją w obroty. Kasia nie opierała się – urzekła ją jego charyzma.
Podbił ją hojnością, optymizmem, duszą artysty. Z nim nie było czasu na nudę. Giorgi zawsze miał plan. Kasia była gotowa iść za nim na koniec świata. Ale…
Rok nosił ją na rękach. Potem wyjechał do Gruzji. Nie zadomowił się w Polsce. Może klimat nie pasował, może chora matka…
Kasia czuła się porzucona. „Wystarczy łez. Będę żyć sama”.
Gdy już pogodziła się z losem samotnej kobiety, okazało się, że pod jej sercem rośnie nowe życie. Kasia osłupiała. Kto będzie ojcem? Jak żyć dalej? Jak nie zwariować?
Urodziła się dziewczynka. Kasia nazwała ją Kornelią. Stała się sensem jej życia. Kornelia była podobna do Giorgiego – te same loczki, ciemne oczy i uśmiech. I to jakoś cieszyło Kasię. Może dlatego, że kochała go jak nikogo innego.
Czasem chciało jej się wyć z bezsilności, zazdrościła zamężnym przyjaciółkom. Ale wychowanie Kornelii pochłaniało cały czas. Nie było chwili na łzy.
Pierwszego września Kornelia poszła do szkoły. W ławce posadzono ją z chłopcem – Igorem. Od razu się nie polubili. Igor nazwał ją „kędzierzawą głuptasią”.
Dzieci nienawidziły się na zabój. Nauczycielka musiała ich rozdzielić. Ale i tak bili się na przerwach.
Kasia poszła do szkoły dowiedzieć się, dlaczego córka wraca podrapana. Nauczycielka, czując się winna, podała adres Igora.
Kasia poszła tam bez wahania. Drzwi otworzył mężczyzna. Wycierał ręce w ręcznik na szyi.
– Do mnie? Proszę wejść. Zapraszam na kawę, tylko nakarmię tego urwisa – rzucił, biegnąc do kuchni.
Kasia rozzuła się i weszła do małego pokoju. Od razu wiedziała – tu nie było kobiecej ręki. Bałagan, kurz, zapach tytoniu.
Mężczyzna wrócił z tacą. Dwie filiżanki aromatycznej kawy. Ten zapach Kasia zapamięta na zawsze.
– Czym zawdzięczam wizytę tak pięknej damy? – spytał.
– Jestem mamą Kornelii – zaczęła Kasia.
– Aaa… Mój Igor jest zakochany w pani córce – uśmiechnął się.
– Dlatego moja Kornelia ma zadrapania? – zaatakowała.
– Hm… Nie rozumiem? – szczerze zdziwił się.
– Proszę się zająć synem. Dziękuję za kawę – wstała do wyjścia.
– Zajmę się. Niech pani nie martwi.
„Urwis” cicho siedział w kuchni.
Kasia wróciła do domu. Tej nocy nie spała. Wspominała tego mężczyznę – domowego, ciepłego. I tę kawę! Żaden adorator jej takiej nie zaoferował. Szampan, wino – tak. Ale nie kawa.
W myślach sprzątała ten mieszkanie, wietrzyła, stawiała kwiaty na parapecie… A „urwisa” chciała pogłaskać po głowie.
Rano obudziła się w dobrym humorze. Poprosiła Kornelię, by nie drażniła Igora.
Minęły tygodnie. Na wywiadówce Kasia znów spotkała „mężczyznę swoich marzeń”. Wtedy upewniła się – Igor nie ma matki. Inaczej przyszedłby tu kto inny.
To dało Kasi odwagę. Po zebraniu mężczyzna zaproponował odprowadzenie. Był grudzień, ciemno. Kasia się zgodziła.
– Tomasz – przedstawił się.
– Miło mi. Katarzyna.
Widocznie spodobała mu się. Zaprosił ją na Nowy Rok. Kasia pomyślała –Tomasz podszedł do niej, ujął dłoń i szepnął: „Chodźmy, stary rok bywa kapryśny, ale nowy przyniesie nam szczęście”.



