Zgubiony Przyjaciel

Mieszkanie od razu przypadło mi do gustu. Niewielkie, schludne, meble w stylu retro, nawet ścianka z kryształowymi półkami. Dywan na ścianie, zakopcony czajnik na kuchence, a w kącie stary lodówki „Polar”. Nad nim wisiało radio – takie stare, z którego leciała „Trójka”. Ciepło tak grało. Z lekkim szumem, trzaskami i starymi piosenkami. Telewizora nie było, ale nie narzekałem.

Wracam po pracy, przykręcam radio głośniej, stawiam czajnik na gaz. Nalewam wrzątku do kubka, wdycham aromatyczną parę i patrzę przez okno. Radio gada, a ja wpatruję się w ulicę. W ciemnoniebieskie niebo, w blade gwiazdy, w księżyc z wyżartą plamą. I milczę. Z kim tu gadać? Sam żyłem w tym mieszkaniu. Aż do dnia, gdy poznałem nowego sąsiada. Nazywał się Eryk. Edek. Dobry chłopak.

Tego dnia wróciłem bardzo późno. Cały dzień przy maszynie, aż plecy bolały, a nogi miałem jak z waty. Wchodzę do kuchni, a tam on siedzi. Edek. Patrzy na mnie. Chciałem się wkurzyć, nawet pasek zdjąłem, ale jak spojrzał tymi błyszczącymi oczami, to ręka mi opadła. Postawiłem czajnik, usiadłem obok. Ja na niego, on na mnie. I nie odchodzi. Po prostu milczy.

Nalałem sobie herbaty, wyciągnąłem herbatniki z paczki i położyłem na stole. Edek aż szyję wyciągnął, jak zobaczył słodycze. Podsunąłem mu jednego, powąchał, grzecznie odwrócił głowę i siedzi, słucha radia. Posłuchaliśmy wiadomości, dowiedzieliśmy się, co się dzieje na świecie, a potem poszedłem spać. Edek został w kuchni, przy radiu. Dopiero rano gdzieś uciekł. Pewnie po swoje sprawy. Mnie czekała huta i wierna maszyna, a czym on się zajmował – nie wiedziałem. Wrócił dopiero wieczorem, gdy ja przyniosłem z sklepu torby. A tam suszony śledź, dzbanek zimnego piwa i owsiane ciasteczka. I tak zaczęliśmy żyć razem. Ja i Edek.

Wracam, nalewam piwo, obieram śledzia i gadam z Edkiem. On nie pił, gdzie mu tam. Tylko słuchał i milczał. Czasem, gdy za bardzo się rozkręcałem, chodził po kuchni. Tam i z powrotem. Przechodził się, uspokajał i wracał do stołu. Siadał i patrzył tymi błyszczącymi oczami. Słuchał. A mnie było dobrze. Wygadałem się, wyrzuciłem z siebie całe zło i od razu lżej. Edek to rozumiał, dlatego milczał.

A jeszcze lubił słuchać radia. Zwłaszcza starych piosenek. Czasem wracam, a Edka nie ma. Włączam radio, postawię czajnik, odwrócę się, a on już tu jest. Siedzi, słucha i patrzy tymi oczami. I jemu dobrze, i mnie. Zjemy coś, posłuchamy radia i gadamy do późna. Opowiadałem mu wszystko. Co nowego w hucie, jakie żelazo przywieźli, jak Władziu omal nie wpadł na pijanym. I o przeszłości też. Edek słuchał uważnie. Milczał, błyszczał oczami i słuchał. Dobry chłopak. Najbardziej lubił historie o mojej służbie wojskowej.

O, wszystkiego mu nagadałem. Jak młodym trafiłem na front, jak prawie wpadłem w niewolę, jak płonęły czołgi. O gorącej kaszy, o kontuzji. A Edek słuchał. Był mądry. Nie każdy potrafi milczeniem podtrzymać rozmowę, a on umiał. Gadam o przyjaciołach, towarzyszach, ocieram łzy, a on patrzy tak współczująco, dotyka łapą dłoni i od razu lżej. Miałem szczęście z sąsiadem. Kochałem go, a on mnie. Nie znosił tylko, gdy wracałem pijany. Patrzył z dezaprobatą i odwracał się. Nawet radio przestawało go interesować.

Raz się z chłopakami upiłem, a gdy wróciłem, Edek, zobaczywszy mnie, schował się w pokoju. Wstyd mi się zrobiło, że zalewam przeszłość wódką zamiast dzielić się nią z nim, jak kiedyś. Schowałem butelkę do lodówki, włączyłem radio i zapaliłem papierosa. Zrobiło mi się smutno, a gdy było mi smutno, Edek zawsze przychodził. Nawet gdy się gniewał. I wtedy przyszedł. Usiadł obok, dotknął dłoni i patrzył, milczy. Zacząłem narzekać na życie, zagryzając gorzkim dymem. Aż zrozumiałem – na co narzekać? Mieszkanie jest, jedzenie jest, nawet przyjaciel jest. Który wysłucha, uspokoi i pomilczy obok. Ech! Wyrzuciłem wtedy z domu wszystkie trucizny. Zostawiłem tylko zimne piwo i śledzia. Edek też był zadowolony. Siadał, wąchał rybę i milczał, słuchał, aż nie poszedłem spać. Wiedziałem, że długo jeszcze zostawał w kuchni, gdy ja śniłem.

Aż pewnego dnia zniknął. Tydzień go nie było. Zrobiło mi się smutno, samotnie bez Edka. Przywykłem już do naszych nocnych pogawędek. Włączałem radio, brzdąkałem butelkami, ale Edek się nie pojawiał. W końcu poniosło mnie do sklepu. Po butelkę. Było mi źle. Ale Halina, sprzedawczyni, ręce w boki i głową kręci. Nie dała wódki, za to dała pierogi. Z ziemniakami. A trzy dni później przyszła do mnie. Różowa, uśmiechnięta, dobra. Ugotowała barszcz, upiekła jeszcze pierogów, pogadała ze mną chwilę i uciekła. Mieli wtedy inwentaryzację. Powiedziała, że wpadnie jutro.

Gdy wyszła, nagle zrozumiałem, jak brakowało mi ciepła. Wcześniej Edek mnie podtrzymywał, słuchał, nie pozwalał pić, umilał wieczory, a teraz zostałem sam. Ale Halina musiała coś zobaczyć w moich oczach, gdy tamtego wieczoru wpadłem do sklepu. Dała pierogi, a potem i do domu przyszła. Dobra kobieta. Lubi czytać. Często zaczęła mnie odwiedzać. Tak po prostu. Gotowała kolację, gawędziła. Ja jej o wojsku, ona mi o Angelice i królach francuskich. Ja o przeszłości, ona o przyszłości. Dawno w domu nie było śmiechu. Takiego dobrego, szczerego.

Po miesiącu zaprosiłem Halinę do kina. Oj, jak się denerwowałem. Nawet koszulę przypaliłem żelazkiem, sprzątając. Dobrze, że miałem drugą. Dawno nie wychodziłem do ludzi. Chłopaki się nie liczą – ich i tak codziennie widywałem w hucie. A tu towarzystwo, kultura i… Halina. Piękna jak dziewczyna z bajki. Obejrzeliśmy film, poszliśmy do parku, jedliśmy lody w wafelkach i pA po latach, gdy nasza mała Lidka biegała już po mieszkaniu i śmiała się przy dźwiękach radia, czasem wydawało mi się, że widzę w kącie błysk znanych mi oczu, ale gdy odwracałem głowę, nikogo tam nie było – tylko echo dawnych dni i wdzięczność za to, co przyniosło życie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście − 15 =

Zgubiony Przyjaciel