Przy studni…

Przy studni…

Anna Zawadzka, z wysiłkiem unosząc drewniane wiadra na ramionach, szła wąską ścieżką wśród porannej ciszy. Żelazne uchwyty dzwoniły lekko, przerywając spokój wsi. Woda w studni – czysta, lodowata, kryształowa – była dla niej czymś świętym. Choć przekroczyła siedemdziesiątkę, codziennie pokonywała tę drogę. Uparta, twarda, ignorowała uwagi synowej.

— Mamo, ile można! Przecież masz wodę w domu! Ludzie się śmieją. Naprawdę nie ciężko? — warknęła Krysia, przewracając oczami.

Anna udawała, że nie słyszy. Wodę z kranu omijała szerokim łukiem: „Cuchnie rdzawą rurą”, mruczała. A studzienna? Inna. Źródlana. Żywa. Słodka jak łzy wspomnień.

Przystanęła, postawiła wiadra, wyprostowała plecy i przymknęła na chwilę oczy. Wiatr muskał liście młodej lipy – ktoś zasadził ją niedawno przy studni. Dawniej stała tu potężna stara jabłoń, pod którą Anna spotykała się z Władkiem.

Jakże wtedy płonęły jej policzki, jak waliło serce, gdy biegła tu, by go zobaczyć! A on – wysoki, smagły, z ciemnymi oczami – czekał, oparty o drewnianą cembrowinę. Wszystkie dziewczęta we wsi zazdrościły. Zwłaszcza Elżbieta, jej najbliższa przyjaciółka.

— Spróbuj tylko do niego podejść, Elżbieto — ostrzegała Wanda. — Oddam za niego duszę!

Ale Elżbieta patrzyła spode łba i prychała:

— Wróżka mówiła, że będzie mój… Żartuję, żartuję! — starała się rozładować napięcie.

Wanda machnęła ręką. Lecz w sercu już zasiał się niepokój. A potem – choroba. Gorączka, dreszcze. Leżała bezsilna i poprosiła Elżbietę:

— Idź do studni. Powiedz, żeby na mnie nie czekał. Powiedz, że jestem chora… spotkamy się jutro.

Elżbieta uśmiechnęła się wtedy… dziwnie. A potem zniknęła, zostawiając echo kroków. Co powiedziała Władkowi? Wanda nigdy się nie dowiedziała. Gdy przyszła następnego dnia, zobaczyła ich razem.

Stali ramię w ramię. Ona odwróciła się i uciekła. Łzy dusiły, serce pękało.

Tydzień później o jej rękę poprosił sąsiad – Kazimierz. Cichy, skromny, patrzył na nią jak na cud.

— Przyślij swatów, Kaziu — rzuciła dumnie, tłumiąc ból. — Zanim zmienię zdanie.

Elżbieta przyszła potem. Błagała przez łzy:
— Nic między nami nie było. Wando, przestań…

— Dostałaś, co chciałaś. I nigdy nie będziesz szczęśliwa. Tak jak ja. A teraz idź. Zniknij na zawsze.

Ślub był jak pogrzeb marzeń. Rodzice się denerwowali, a Kazimierz… Zrobił wszystko, by nie żałowała.

Gotował, prał, wstawał nocą do dzieci. Cała wieś wiedziała: złote ręce, dobre serce. Ale… pokochać go Wanda nie potrafiła. Szanowała, lecz bez płomienia.

Elżbieta wyszła za Władka. A on… nie został długo. Wyjechał zaraz po ślubie. „Budować dom” – mówił. Nie chciał mieszkać z teściami. W rzeczywistości uciekał. Najpierw do Łodzi, potem do Gdańska – byle dalej.

Z Łodzi przyszła wiadomość: Władka zabiła zwalona kłoda w lesie.

Pogrzeb zebrał całą wieś. Wanda nie przyszła. Nie mogła pokazać żalu. Ale wieczorem stanęła nad świeżym grobem. Modliła się, choć nie wiedziała, o co. Płakała cicho, jakby przez te wszystkie lata wstrzymywała oddech.

Nagle – czyjaś dłoń na ramieniu. Odwróciła się. Elżbieta. W czerni. Bez słów rozeszły się.

Minęły lata. Elżbieta odeszła. Wanda często chodziła na cmentarz. Tam spoczywał mąż, rodzice… i ten grób. Dwa obok.

Pielęgnowała je. Czyściła nagrobki. Pewnego dnia znów ją zobaczyła – jak cień zmierzchu.

— Wciąż przychodzisz do niego, Wando? Nawet teraz? — szepnęła.

— Wiedziałaś, że kochał tylko ciebie. Może to cię pocieszy…

I wtedy Wanda zrozumiała – nie kochała Władka. Kochała marzenie o nim. A obok był ktoś prawdziwy. Wierny. Czuły. Kazimierz. Mąż, przyjaciel, opoka. A ona chowała się we wspomnieniach, jak w starym kufrze, wąchając resztki przeszłości.

Już nie złoszcząc się na Elżbietę. To nie miało znaczenia. Dawno temu.

…Anna Zawadzka uniosła wiadra. Wdychała zapach aksamitek. Już więdły… Trzeba będzie zebrać – i na cmentarz. Elżbieta tak je kochała. Ten gorzki, ciepły aromat… jak obietnica czegoś nieuchwytnego.

Zza węgła zawołała:

— Kaziu! Muszę ci coś powiedzieć!

— Co się stało? — odparł zaniepokojony mąż.

Uśmiechnęła się i, wtulając w jego pierś, szepnęła:

— Kocham cię, Kaziu…

I zaczerwieniła się jak dziewczyna. On tylko mocniej ją przytulił. W jego oczach było wszystko: zdumienie, czułość… i miłość, którą niósł przez całe ich życie.

Wanda nie mijała już tamtych grobów obojętnie. Przystawała. Czyściła kamień, szeptała modlitwy. Jakby wierzyła, że tam, wysoko, wreszcie zapanował pokój. Prawdziwy. Wieczny.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiem − cztery =

Przy studni…