W spokojnym miasteczku nad rzeką, gdzie wieczorami zapalano latarnie, Zofia sprzątała w kuchni. Zapach świeżo upieczonego sernika unosił się w powietrzu, gdy nagle zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetliło się imię przyjaciółki Haliny, z którą Zofia nie rozmawiała od lat.
„Halo, Halinko! Jak się masz? Tak się cieszę!” – wykrzyknęła Zofia, wycierając ręce w fartuch.
Po wymianie uprzejmości Halina nagle zapytała:
„Zosiu, ty i Marek rozwiedliście się?”
„Nie! Skąd ci to przyszło do głowy?” – zdziwiła się Zofia, czując, jak serce podskoczyło jej do gardła.
„Dziwne, to jak to wytłumaczysz?” – w głosie Haliny słychać było niepokój.
Po chwili na telefon Zofii przyszła wiadomość ze zdjęciem. Otworzyła je, spojrzała i zastygła, jakby świat wokół niej zawalił się w jednej chwili.
—
„Niech to szlag, mam już dość!” – wpadł do mieszkania Marek, rzucając klucze na komodę w przedpokoju.
„Marku, co się stało?” – zdziwiła się Zofia. Zawsze wracała z pracy wcześniej niż mąż, zdążyła posprzątać i przygotować kolację.
„Co, co?! Wszystko!” – warknął, zrzucając kurtkę. „Ta praca, rutyna, domowe obowiązki! Żadnej nadziei, żadnego życia! Zosia, uciekajmy gdzieś, odpocznijmy. Nad jezioro, do sanatorium. Jestem na granicy wytrzymałości!”
„Ale trzeba wziąć urlop” – zastanowiła się Zofia. „Obiecaliśmy twojemu tacie pomóc na działce…”
„Niech ją diabli wezmą!” – przerwał Marek. „Nic się z nią nie stanie przez dwa tygodnie, a ja zaraz eksploduję! Co jest dla ciebie ważniejsze – grządki czy ja?”
„Oczywiście, że ty” – cicho odpowiedziała Zofia, widząc powagę w jego oczach. „Porozmawiam w pracy, na pewno się zgodzą. Dwa lata bez urlopu.”
„Więc kupuję bilety?” – ożywił się Marek, zacierając ręce.
„Kupuj” – skinęła głową Zofia. I jej samą korciło, by wyrwać się z wiru spraw: matura syna, jego wyjazd na studia do Krakowa, zalanie przez sąsiadów z góry, przez które trzeba było remontować mieszkanie. Była na skraju wyczerpania.
„Ustalone” – ogłosił Marek. „Nad jezioro za drogo, jedziemy do sanatorium. Jest natura, jezioro w pobliżu, a ceny przystępne.”
Zofia nie protestowała. Rzadko sprzeciwiała się mężowi. Nawet gdy po zalaniu Marek wybrał najtańsze tapety zamiast tych, które jej się podobały, albo gdy odwiódł ją od dobrej pracy, mówiąc:
„Przecież to na drugim końcu miasta! Dom zaniedbasz. I co z tego, że dobra pensja? Ja zarabiam mało? W osiedlowym sklepie szukają kasjerki. Blisko i zakupy pod nosem.”
Zofia ustąpiła. Praca w sklepie jej nie pasowała, ale w domu wszystko ogarniała. Tylko raz stanowczo się sprzeciwiła, gdy Marek próbował namówić syna na inny kierunek studiów.
„Nie!” – stanęła murem. „Nasz syn sam decyduje o swojej przyszłości. Nie waż się go naciskać!”
Marek, nie spodziewając się takiego oporu u zwykle uległej żony, ustąpił, ale później często przypominał, że „przestano się z nim liczyć”. Za każdym razem Zofia go uspokajała, zapewniając, że to nieprawda.
Bilety do sanatorium zostały kupione, walizki spakowane, urlopy załatwione. Dwa dni przed wyjazdem zadzwonił teść, Jan Kowalski.
„Zosiu, dzień dobry” – głos mu drżał. „Marka nie mogę dodzwonić. Wszystko z nim w porządku?”
„Dzień dobry, panie Janie. Marek poszedł do apteki, telefon zostawił” – odpowiedziała Zofia. „Co się stało? Brzmi pan niespokojnie.”
„Plecy mnie złapały” – westchnął teść. „Ani wstać, ani usiąść. Może syn wpadnie? Choć maścią nZofia spojrzała na zdjęcie, na którym Marek całował nieznajomą kobietę w przytulnym zakątku sanatorium, i wtedy zrozumiała, że czasem najgłębsze rany zadają ci właśnie ci, którzy powinni nas chronić.



