Cień przed radością

Cień w przededniu szczęścia

W cichym miasteczku u stóp pagórków, gdzie nad ranem snuła się mgła, Halina z przyjaciółkami hucznie obchodziła wieczór panieński. Jutro miała zostać żoną swojego narzeczonego, Wojciecha. Zabawa trwała w najlepsze: brzęk kieliszków, śmiech, muzyka. Nagle do drzwi zapukano. Halina, poprawiając suknię, podeszła, by otworzyć.

— Dobry wieczór — powiedziała łagodnym, nieco przepraszonego tonem starsza kobieta stojąca w progu. Jej poorana zmarszczkami twarz wydawała się mgliście znajoma.
— Dobry — odparła Halina, a w powietrzu zawisła napięta cisza. Czekała, co powie nieznajoma.
— Przyszłam cię ostrzec: nie wychodź za Wojciecha — wyrzuciła nagle gość, a jej oczy, niby żarzące się węgle, wpiły się w Halinę.
— Co? Dlaczego? — Halina patrzyła na staruszkę oszołomiona, nie rozumiejąc, co się dzieje.

***

W przeddzień ślubu przyjaciółki, jak przystało, zorganizowały Halinie wieczór panieński. Ostatnie lata spędziła w małym domku na skraju miasteczka, który odziedziczyła po babci. Domek był skromny, ale przytulny, z drewnianą podłogą i oknami, za którymi rosły stare klony. Choć droga do pracy zajmowała godzinę, Halina nie narzekała. Tutaj powietrze pachniało piołunem, dojrzałymi gruszkami i poranną rosą. Rankiem szeleszczały liście, wieczorem świerszcze śpiewały, a ta prosta życie wypełniało jej duszę spokojem, którego tak brakowało w miejskim zgiełku.

Koleżanki proponowały, by świętować w modnym klubie czy restauracji, ale Halina uparła się na swój dom. To nie był zwykły wieczór pożegnania z panieństwem — to było pożegnanie z jej azylem, z tym zakątkiem ciszy.

Wojciech, jej narzeczony, stanowczo odmawiał życia za miastem. „Na emeryturze może i ciągnie do grządek — mawiał — ale teraz nie zamierzam tracić pół dnia na dojazdy. Co w tej głuszy dobrego? Nuda śmiertelna!”

Halina milcząco się zgadzała. Domek zostanie, będzie przyjeżdżać w weekendy. Lecz ich spojrzenia na życie często się rozmijały. Kłócili się o drobiazgi i poważne sprawy: jak wydawać pieniądze, gdzie jeździć na wakacje, jak wychowywać przyszłe dzieci. Wojciech zawsze pierwszy godził się, przywoził kwiaty, zabierał ją do kawiarni, przysięgał miłość. Jego uczucia były gwałtowne, porywcze jak letnia ulewa.

Czy Halina kochała? Odtłaczała te myśli. Gdy się nad nimi zastanawiała, w duszy zamiast drżenia pojawiała się pustka — zimna, rozwierająca się przepaść, pochłaniająca wszystko, co było jej drogie: stare książki w wytartych okładkach, herbatę z miętą w ulubionym kubku w stokrotki, nawet jej kota, mruczącego na kolanach. Od tego robiło się nieswojo. To były tylko majaki, lecz wydawały się tak realne, że ciarki biegły po plecach.

Halina nie kochała Wojciecha. Ale i tak szła do ołtarza. Był starszy o dziesięć lat, zaradny, pewny siebie. „Z nim nie zginiesz” — szeptały przyjaciółki. Halina kiwała głową, ukrywając wątpliwości. I oto dzień ślubu wyznaczony. Biała suknia wisiała w szafie, kusząc i przerażając. Dziś — szampan, truskawki, śmiech koleżanek, a jutro — przysięga przed ołtarzem.

Przez wesoły gwar Halina ledwo dosłyszała pukanie do drzwi. Najpierw pomyślała, że się jej zdawało, lecz stuk powtórzył się. Nie spodziewała się już gości. Pospieszyła do wejścia.

— Dobry wieczór — powiedziała starsza kobieta. Przypominała dawną nauczycielkę: siwe włosy w ciasnym koku, ciemny sweter na bluzce, długa spódnica, wytarte pantofle. Lecz jej oczy — szare, przenikliwe — patrzyły tak, jakby widziały na wskroś duszę.

— Dobry — odparła Halina, czekając na ciąg dalszy.

— Nazywaj mnie Franciszka Sadowska. Jestem matką Tadeusza Nowaka — przedstawiła się kobieta.

— Z Tadeuszem coś się stało? Albo z Jackiem? — zaniepokoiła się Halina. Tadeusz był jej sąsiadem, a Jacek — jego synem. Żona Tadeusza odeszła kilka lat temu, zostawiając go z dzieckiem i długami. Tadeusz nie załamał się, pracował, surowo, lecz sprawiedliwie wychowywał syna. Halina pomagała sąsiedzko: piekła ciasta, przynosiła Jackowi książki z biblioteki, posadziła pod ich oknami kwiaty — stokrotki i floksy. Tadeusz nie pozostawał dłużny: naprawiał płot, pomagał z półkami. Jacek zapraszał Halinę na spacery, razem zbierali jagody, z których robiła konfitury, dzieląc je po równo. Halina wiedziała, że Tadeusz ma matkę, lecz ta mieszkała w sąsiedniej wsi i rzadko przyjeżdżała.

— Nie, z nimi wszystko w porządku — uspokoiła Franciszka Sadowska, podnosząc chude ręce. — I to dzięki tobie, Halino. Wiem, jak im pomagasz. Przyjechałam dziś do syna, pomyślałam, że wpadnę podziękować.

— Ależ proszę — zmieszała się Halina. — To tak po sąsiedzku…

— Właśnie za to dziękuję — przerwała staruszka, a w jej głosie mignęła stal. — Nie gniewaj się, Halina. Jestem stara, ale prawdę widzę. Nie wychodź za Wojciecha. — Jej oczy pociemniały, wwiercając się w Halinę.

— Przepraszam, co? — Halina była zdezorientowana. — Skąd pani wie o Wojciechu? Po co pani to mówi? — Nagle przyszło jej do głowy. — Ojej, przecież ja nie kocham waszego Tadeusza, tylko się przyjaźnimy! — zaśmiała się nerwowo.

— To wiem — spokojnie odparła Franciszka Sadowska. — I wiem, że popełniasz błąd. Wojciech to nie twoja droga. Szczęścia z nim nie będzie. Poczekaj trochę, spotkasz swojego — nazywa się Krzysztof.

Halina przestępowała z nogi na nogę, wpatrując się w gęstniejące zmierzchy, byle nie spotkać tego spojrzenia. Za plecami przyjaciółki rechotały, ktoś fałszował, podśpiewując piosenkę, a tu, na progu, czas jakby stanął w miejscu.

— Nie rozumiem — wyszeptała Halina.„Rozłożyłam karty — szepnęła staruszka — one nigdy nie kłamią; nie idź jutro do ołtarza, to moja wdzięczność dla ciebie.”

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 + 3 =

Cień przed radością