To nie był przypadek

**Dzisiaj, 15 czerwca**

To na pewno nie był przypadek.
Ela szła na dyskotekę, jakby unosiła się w powietrzu.

Krótka spódnica z dżinsu, obcisłe legginsy w metalicznym kolorze, śnieżnobiałe adidasy, top z wizerunkiem modelki i wysoki kucyk związany grubą gumką. Usta – różowa szminka, oczy – mieniące się kolorowymi cieniami. Prawdziwa gwiazda.

Wszyscy mówili, że Elka to cud. Ona sama też o tym wiedziała. Duma osiedla. Dostała się na uniwersytet w Warszawie – sama. Bez układów, bez pomocy.

Jak tam ciocia Zosia gderała?

— Tobie, Nowak, do studiów jak do Krakowa piechotą! Technikum to maksimum, i to tylko jeśli ojczym się postara. A tak – czeka cię zmiataństwo.

A tak, rzeczywiście. Ojczym. Prawdziwy ojciec dawno zniknął z horyzontu. A ojczym… raczej nie będzie się starał dla „takiej niedorajdy”.

Ciocia Zosia czekała, aż dziewczyna się rozklei. Ale Ela wstała, spojrzała jej prosto w oczy i spokojnie, nawet wyzywająco, rzuciła:

— Zobaczymy, kto kim zostanie.

Zosia zmrużyła oczy i obiecała jej słodką zemstę na egzaminie. Ale Ela zdała. I dostała się. Sama. Bez „wsparcia z góry”. Ot, tak.

— Dziwczyna, nie chcesz czystej i wielkiej miłości?

— Z tobą? Kowalski, straciłeś resztki rozsądku?

— Elu, no co ty… Jak leci?

— Lepiej niż inni.

— Figura masz, mmm…

— Chcesz taką samą?

— Chcę.

— Przyjdź, ubiorę cię – będziesz wyglądać nie gorzej.

— O, złośliwa jesteś, Nowak. A ja, może, cię kocham.

— Zgiń, nieczysta siło, babcia poświęciła mi osikowy krzyż – na takich jak ty i na nocne mary.

— No nie trzeba tak…

— Akurat trzeba. Na wszelki wypadek.

Szli wieczorną ulicą, przerzucając się żartobliwymi ripostami. Młodzi. Wolni. Niezniszczalni.

— Słuchaj, a może w poniedziałek wpadniemy do szkoły? – zaproponował Kowalski.

— Oszalałeś? Po co?

— Wyobraź sobie, jak ciocia Zosia się zdławi, jak usłyszy, że sama się dostałaś. Na uniwerk.

Ela uśmiechnęła się krzywo.

— Mam to gdzieś. A ty co?

— Przeciągnę lato, a potem – wojsko. Będziesz na mnie czekać?

— Jasne. Usiądę na ławce, w chuście, będę skarpetkę dziergać. Stumetrową.

— No idź se…

— No.

— Ooo, patrz, to Magda! Poszła do zawodówki?

— Ta. Każdemu według zasług. Dobra, Michał, lecę. Tam moje dziewczyny. A ty z Magdą się kręcisz?

— Nie, no… tak, gadamy se.

— Fajna jest. Ona poczeka. A ja – nie.

— Więc ze mną – w ogóle nie ma szans?

— Nie. – Powiedziała stanowczo. I odeszła.

Studia przychodziły Eli łatwo. Nie dlatego, że były proste – po prostu nie narzekała.

— Jak ty to wszystko ogarniasz? – pytała sąsiadka z pokoju.

— Co?

— No i do kina, i na dyskoteki, i nauka ci idzie…

— Nie wiem – wzruszyła ramionami Ela. – Po prostu żyję. Nie jęczę. Z chłopakami się nie wiążę. Studia – moja przyszłość. A imprezy? Kiedy, jak nie teraz?

— A ja chcę wyjść za mąż. Za bogatego.

— A ja – nie.

Z Darkiem poznała się na dyskotece. Był zbyt natrętny – Ela uciekła. Ale następnego dnia pojawił się w akademiku. Z kwiatami, z czekoladkami. Ona – drzwiami przed nosem. On – z kinem i kwiatami. Ona – znowu obok.

Dziewczyna już nerwowo drgała okiem od jego uwagi. Nienawidziła prawie. A tu jeszcze Kowalski listy z wojska słał. Tęskni. Ale nie o służbie pisze, tylko o uczuciach.

A ona go zna – jak do czternastki w brązowych rajstopach pod spodniami biegał… Jak babka go do znacharki woziła – na moczenie nocne.

Darek jeździł na motorze, czatował na nią, jak w filmie. A potem… potem upadł. Na jej oczach. I ona, bez namysłu, rzuciła się do niego. Nie dlatego, że Darek. Bo człowiek.

I jakoś… zgodziła się na randkę.

Pół roku się spotykali. Nie motyle. Nie miłość. Ale jakoś… blisko. Stał się swój.

Potem list od Kowalskiego: pretensje, oskarżenia, brudne słowa. Ktoś doniósł. A ona i tak się nie kryła.

Z Darkiem było prościej. Był blisko. Pewny. Z nim można było marzyć. O ślubie. O przyszłości.

— Masz szczęście, Elka – powiedziała sąsiadka.

— W czym?

— Z Darkiem. Wiesz, kim on jest?

— No?

— Tata mu kupił motor. Teraz – auto. Jedynak. Bogaci. W latach.

— I?

— Mówią… że ma już narzeczoną. Lilę. Ojcowie chcą interesy połączyć.

Wieczorem Ela zapytała Darka. Zaniemówił.

— To wszystko ojciec. Ja nie chcę. Lila mi niepotrzebna. Mam ciebie. Uciekniemy.

— W weekend jadę do rodziców.

— Dobrze… – i wydawało jej się, że odetchnął z ulgą.

Gdy wróciła – coś było nie tak. Dziewczyny patrzyły dziwnie. Chłopaki – z uśmieszkiem.

— Co się dzieje?

— Usiądź… El… Darek… On…

— Co?

— Ożenił się.

Żadnego drżenia. Żadnej łzy. W środku – zawalenie. Ale na zewnątrz – głaz.

— Tylko tyle?

— Jesteś taka spokojna…

— A jaka mam być? Wiedziałam. Wyjechałam, żeby zrozumieć. A on – ożenił się. Pozwoliłam. Logiczne.

Pochyliła się do sąsiadki:

— Nie wymawiaj jego imienia. Nigdy. Dla mnie go nie ma.

Po studiach Ela nie wróciła do domu. Pojechała – do szpitala.

Urodził się Jasio. Twardy. Z mocą do życia.

— Elu… ty… ojcu powiesz?

— Mamo, nigdy. I nie pytaj.

— Dobrze, tylko… Miałam nadzieję, że nie powtórzysz mojego losu.

— I nie powtórzę. Ty wyszłaś za ojca. Ja – nie.

— Zostaniecie u nas?

Ela zobaczyła: matka się boi. Ojczym – niezadowolony.

— Rozumiem. Nawet ze szpitala nie odbierzecie?— Odbierzemy, oczywiście — powiedziała matka, ale w jej głosie brzmiała ulga, jakby w głębi duszy wolała, żeby córka została sama.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

6 − pięć =

To nie był przypadek