**Miłość, której nie było**
Autobus zatrzymał się na skrzyżowaniu w centrum Gdańska, gdy Wojciech zobaczył jej usta. Dziewczyna strząsała z rękawa pióropusz mniszka. To lekkie poruszenie warg, jakby całujących wiatr, uderzyło go niczym promień słońca w ciemnym pokoju:
— Zostaniesz moją żoną — wyrzucił z siebie, nie rozumiejąc, dlaczego w jej brązowych oczach odbiło się nagle całe jego życie.
Powoli się odwróciła, jej wzrok nie był przestraszony, ale chłodny, jakby oceniała pęknięte płótno, a nie człowieka:
— Jest pan szalony.
— Będę najlepszym mężem. Zgódź się.
Roześmiała się, odsłaniając lekko nierówne zęby:
— Dlaczego? Nie znam pana.
— Więc poznajmy się. Spotkajmy się jeszcze raz — skłonił się teatralnie, nie dając jej dojść do słowa. — Wojciech Kowalski, inżynier z wielkimi planami. Miło mi.
— Kinga — odpowiedziała, jakby we śnie. — Malarka. Może sławna, a może nie.
— Idealna para: technik i marzycielka — uśmiechnął się. — Będziemy się uzupełniać.
— Nie, dziękuję — odcięła. — Jestem wystarczająco cała.
— Właśnie za to cię pokochałem — poczuł, jak serce bije mu szybciej. — Czekam jutro o ósmej przy fontannie w parku. Obiecuję wieczór, którego nie zapomnisz.
Kinga go nie polubiła. Nie zamierzała iść. Ale następnego ranka, chwaląc się koleżance, opowiedziała, jak obcy facet zaproponował jej małżeństwo, obiecując wieczną miłość.
— I odmówiłaś? — zdziwiła się przyjaciółka. — Zwariowałaś! Trzeba korzystać, gdy ktoś zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Może jest bogaty! Poszłaśby na jego koszt.
— Czeka na mnie dziś — wzruszyła ramionami Kinga. — Chcesz iść razem? Sprawdzimy, jaki jest hojny. Sama nie wytrzymam, nudziarz.
— Oczywiście, idziemy!
Jednym wieczorem się nie skończyło. Wojciech przykleił się do nich jak cień. Nie żałował złotówek ani czasu dla dwóch studentek ASP. Wiedział, czego chcą młode dziewczyny: bilety do kina, przytulne kawiarnie, drogie farby, porządne pędzle. Jako inżynier z dziesięcioletnim stażem w firmie technologicznej, mógł sobie na to pozwolić.
Kinga nie kryła obojętności. Mówiła wprost, że spotyka się z nim z nudów, dopóki nie znajdzie prawdziwej miłości. W kogoś innego. Robiła mu łaskę.
Wojciech patrzył na nią jak na kapryśne dziecko i po każdej randce powtarzał:
— Będziesz moją żoną.
Śmiała się w odpowiedź. Kto chce żonę, która patrzy na innych? Ale on nie ustępował. Nie zalecał się — oblegał ją.
Czekał po zajęciach, zabierał na wystawy, dawał biżuterię, zapamiętywał jej nawyki. Wykrywał jej adoratorów i „pozbywał się” ich (jednego „przypadkowo” poturbowano w bramie). Dzwonił do jej matki: „Pani córka zasługuje na więcej niż te chłopczyki”.
Kinga wściekała się, krzyczała, że nie jest jego własnością i że żyjemy w XXI wieku. Na złość umawiała się z rówieśnikami. Jeden kolega z roku jej się podobał, ale był biedny. Student filologii z zamożnej rodziny traktował ją z góry. Muzyk z sąsiedniego bloku kochał namiętnie, lecz po tygodniu gonił już za inną.
Po każdym rozczarowaniu Wojciech pojawiał się jak widmo:
— Mówiłem, oni nie są dla ciebie.
Matka szybko przeszła na jego stronę. Gdy Kinga się buntowała i zrywała kontakt, wzdychała: „Na próżno się upierasz. Małżeństwo to nie miłosny szał. On cię kocha, z takim mężczyzną nie zginiesz”.
— Dziś jazz — podsuwał bilety do klubu, gdy szykowała się na randkę z kolejnym wielbicielem.
— On cię nie wart — mówił tydzień później, gdy tamten znikał z jej życia.
Kinga nie pytała, jak to robił. Głęboko poruszała ją jego obsesja — jak w starym romansie, gdzie bohaterka jest warta walki.
— Wyjdź za mnie — rzucił po raz setny, podając gałązkę kwitnącej jaśminowiny, jej ulubionej. — Dostałem działkę, zbudujemy dom, będziesz miała pracownię.
— Nie kocham cię — wyszeptała. — Nie potrafię. Wybacz.
— Jeszcze nie próbowałaś. Będę taki, byś pokochała.
Nagle poczuła zmęczenie — nie nim, ale sobą. Tym wiecznym szukaniem kogoś, kto — jak zaczynała podejrzewać po skończonych dwudziestu sześciu latach — po prostu nie istniał. Wszystkie „opcje” rozpadały się jak piasek. Może matka ma rację i czas się poddać?
— Dobrze — powiedziała. Jego twarz rozbłysła radością, jakby ujrzał światło w tunelu.
Był idealnym mężem. Dawał kwiaty, nigdy nie wyrzucał, stawiał półki, remontował dom według jej szkiców, nosił ją na rękach przed gośćmi. Ale sypialnia stała się obowiązkiem („Chodź, kochanie, tęskniłem”). Dzieci nie wychodziły.
Kinga nie żyła. Tolerowała jego miłość. Nie mogła przywyknąć do niespodziewanych pocałunków w kark, gdy kroiła sałatę.
Koleżanki zazdrościły, a jej cisnęło się na usta: „Zabierzcie go!” Ich małżeństwo było jak scena, gdzie grała rolę szczęśliwej żony.
Nie kłócili się — nie było o co. Raz rzuciła w ścianę figurkę od teściowej. Wojciech nawet nie mrugnął:
— Nic, skleimy.
Zrozumiała: nie wypuści jej. Kupiła bilet na pociąg, spakowała torbę. Ale on przyniósł kotka syjamskiego, o którym marzyła:
— Jesteś taka smutna… Może on pomoże?
Kinga została.
Bilet znalazł lata później w książce. Wszystko pojął. Przy kolacji spytał:
— Dlaczego wciąż jesteś ze mną? Jeśli chcesz odejść, nie trzymam.
— Bo… — wybierała słowa — samotność jest gorsza.
Uśmiechnął się, biorąc to za miłość.
Lecz Kinga znała prawdę: przywykła do jego troski i bała się, że on jest jedynym, który potrafi ją kochać.
**Dziś zrozumiałem: miłość wymuszona to więzienie bez krat. Nawet najcieplejsza klatka pozostaje klatką.**



