— Znowu się spóźnisz? — głos Jakuba w słuchawce brzmiał głucho, jakby dobiegał znad brzegu mroźnej Wisły, gdzie już zapadał zmierzch.
— Tak. Do jedenastej, może dłużej. Mamy tu mały armagedon z dostawami — odpowiedziała Zofia, włączając głośnomówiący. Jedną ręką kończyła maila do klientów, drugą mieszała wystygłą herbatę. Kubek stał na skraju biurka, obok sterta niedokończonych raportów, których nawet nie otworzyła.
— Zupełnie jakbyś wcale nie mieszkała w domu — powiedział po długiej ciszy. Bez zarzutów, tylko stwierdzenie. Ale w tym zdaniu czaiła się tęsknota — za tymi jej wiecznymi nadgodzinami, za pustymi wieczorami, za porankami, gdy ich rozmowy rozmywały się w ciszy.
— Sam wiesz, jak to jest — odparła, czując, jak głos drży jej ze zmęczenia.
— Wiem. — Cisza zawisła ciężka jak grudniowe powietrze. Wypełniało ją echo niewypowiedzianych słów, które oboje czuli, ale nie potrafili wyrzucić z siebie.
Zofia nienawidziła tej ciszy. Była zbyt głośna, zbyt pełna. W niej tonęły ich niedopowiedzenia, ich zmęczenie, ich próby udawania, że jeszcze jakoś trzymają się razem.
Wróciła po północy. Mieszkanie na Wawrzyszewie przywitało ją ciemnością, tylko w przedpokoju paliła się przygaszona lampka — Jakub zawsze ją zostawiał, „żebyś się nie wywróciła”. Snop światła padał wąską smugą na podłogę, oświetlając samotną skarpetkę — ewidentnie jego. W kuchni leżała kartka: „Jedzenie w mikrofali. Śpię”. Pismo było nerwowe, jakby pisał w pośpiechu, uciekając przed czymś.
Usiadła przy stole, podgrzała kolację, jadła w półmroku, nie czując smaku. Wszystko było na swoim miejscu: ciepły posiłek, światło, troskliwość w dwóch zdaniach. A jednak coś ściskało ją w środku. Otworzyła laptopa, przewinęła raport, zamknęła. Ekran wpatrywał się w nią pusty jak lustro, w którym nie było odpowiedzi. Potem poszła do łazienki, umyła twarz, unikając spojrzenia w lustro — zbyt zmęczone oczy, zbyt wiele nieprzespanych nocy. Położyła się obok Jakuba. Spał odwrócony plecami, oddychał równo. Między nimi było trochę więcej pustki niż wczoraj. A może tylko jej się tak wydawało.
Poranek zaczął się od korków i urwanego paska w bucie. W autobusie Zofia usiadła obok kobiety koło czterdziestki, która głośno narzekała przez telefon: „Znowu wrócił nad ranem, milczy, śmierdzi piwem, a ja, głupia, ciągle czekam”. Te słowa uderzyły jak echo. Tylko na odwrót. Ta kobieta czekała mimo bólu. A Zofia żyła z Jakubem, ale jakby w równoległym świecie, gdzie ich życia ledwo się dotykały.
W biurze szef nie zauważył, że przyszła wcześniej. Nie zauważyłby też raportu, gdyby nie położyła go mu na biurku. Burknął tylko: „Spoko”, nie odrywając wzroku od monitora. Wszystko szło według schematu: zadanie, raport, skinienie głową, cisza. Nawet pochwała brzmiała jak rozkaz.
Zofia wyszła do kuchni firmowej, zaparzyła herbatę. Patrzyła, jak torebka powoli tonie w gorącej wodzie, zostawiając za sobą ciemny ślad, jakby coś w sobie rozpuszczała. To było jedyne, co wydawało się w tym momencie prawdziwe.
W pewnej chwili uświadomiła sobie: wszystko, co robi, jest poprawne. Nienaganne. Pewne, bez błędów. Ale to był ruch w próżnię. Jak samochód pędzący prostą drogą, ale bez celu. Wszystko gładko, bez zarzutu. I bezsensowne. Oddawała całą siebie tym raportom, terminom, odhaczanym zadaniom, zapominając zapytać: czy to prowadzi gdziekolwiek poza kolejnym folderem na pulpicie?
Wieczorem jedli kolację razem. W ciszy. Łyżki dzwoniły o talerze, za oknem hulał wiatr, a lodówka cicho warczała, przypominając, że życie toczy się dalej. Jakub wpatrywał się w swój talerz, unikając jej wzroku. Nagle spytał:
— Dzisiaj nie zostajesz po godzinach?
— Nie powinnam — odparła, czując, jak głos drży jej od nadziei.
— Może pójdziemy do kina?
Skinęła głową, wahając się, jakby ważyła, czy starczy jej sił, żeby po prostu żyć, a nie uciekać. Potem podeszła, objęła go od tyłu. Był ciepły, żywy, prawdziwy. Jak latarnia w burzy, do której można się przytulić, gdy wszystko zaczyna się walić.
— Przepraszam — szepnęła. — Po prostu chcę, żeby wszystko było w porządku. Praca, my, dom… Wszystko naraz.
— Wiem — odpowiedział cicho. — Ale my nie budujemy fortecy. Żyjemy. Prawda?
Milczała. Tylko przytuliła się mocniej, wdychając zapach jego koszuli. Ścisnął jej dłoń, jakby to była jedyna rzecz, która mogła ich jeszcze połączyć.
W kinie poszli na jakiś lekki film — z pościgami, żartami i wybuchami. Fabuła gubiła się w hałasie, ale to nie miało znaczenia. W ciemnej sali fotele były miękkie, ekran ogromny, a ich dłonie splątane. I nagle oddychało się lżej.
Potem szli wieczornymi ulicami. Wiatr niósł zapach mokrego asfaltu i kwitnących bzów, a latarnie rzucały ciepłe światło, czyniąc domy nieco nierealnymi. Gdzieś w oddali śmiali się nastolatkowie, a ich śmiech brzmiał jak obce, ale dobre życie. Jakub opowiadał o koleże z pracy, który kupił starą skodę, o jakimś dziwnym zdarzeniu w metrze. Nic ważnego, ale ta zwykłość nagle wydała się Zofii tym, czego tak rozpaczęChciała, żeby ten wieczór nigdy się nie skończył, a jednocześnie czuła, że to dopiero początek czegoś nowego.



