Trudna decyzja. Powrót
— Jeśli chcesz, leć — powiedział Krzysztof, stawiając kubek w zlewie. Jego głos był spokojny, niemal obojętny. — Tylko nie licz na moje wsparcie. Ani moralne, ani fizyczne.
— Nie liczę — cicho odparła Weronika, nie patrząc na niego.
— Potem nie mów, że zmarnowałaś czas.
— Może powiem. A może nie. Ważne, żeby nie żałować, że się nie spróbowało.
W końcu wyjechała.
Lot z przesiadką się opóźnił, a samolot na kolejny etap odleciał, nawet nie zauważając jej spóźnienia. Siedem godzin męczącego oczekiwania w dusznej hali lotniska, plastikowa kanapka i torba na ramieniu zamiast walizki — suknia została w luku bagażowym na innym kontynencie.
W recepcji hotelu powiedzieli, że rezerwacja „nie przeszła”. Młody mężczyzna wyjaśniał to z uśmiechem, jakby chodziło o drobiazg:
— Przepraszam, pani, mamy pełne obłożenie. Mogę podać listę pobliskich moteli.
— Dziękuję — rzuciła Weronika sucho. — Tylko tego mi brakowało — kolejnej listy życiowych porażek.
Usiadła w kafejce za rogiem, zamówiła kawę i wpatrując się w ekran telefonu, przewijała kontakty. Palec zatrzymał się na nazwisku: Ewa Kowalska. Przyjaciółka ze studiów we Wrocławiu. Potem wymiana wiadomości, rzadkie polubienia… i cisza.
„Może warto zaryzykować?” — pomyślała Weronika i wysłała krótką wiadomość.
Odpowiedź przyszła po trzech minutach:
„Oczywiście, przyjeżdżaj! Mamy pokój gościnny. Suknię jakoś załatwimy, nie martw się. Chociaż pewnie jesteś szczuplejsza — wezmę coś z zapasem. Tak dawno cię nie było!”
Rano jechały już ulicami podwarszawskiej miejscowości. Weronika czuła, jak z każdym skrętem auto zabiera ją coraz głębiej w przeszłość, która już dawno umarła. Ewa przez ten czas bardzo się zmieniła — zadbana, pewna siebie, ale wciąż życzliwa, bez śladu wyniosłości. Dała adres klubu, krytycznie przyjrzała się Weronice, ułożyła jej włosy, spryskała lakierem, wręczyła broszkę:
— Idziesz tam nie jako cień przeszłości, ale jako kobieta, która zna swoją wartość. Oni wszyscy tam są — z takimi samymi twarzami i ustami. Ale nie wszyscy mają duszę. Wyprostuj się, Weronika.
Przyjęcie było pretensjonalne.
Namioty, wypielęgnowane trawniki, kelnerzy z szampanem, kobiety w kreacjach znanych projektantów — jakby wylali je z jednej formy. Wszystko drogie, przerysowane i… obce. Znajomych twarzy Weronika nie zobaczyła. Tylko nowe — opalone, poddane liftingom, pełne buty.
Sławek pojawił się jako pierwszy. Trochę postarzały, ale wciąż taki sam. Podszedł, uśmiechnął się przepraszająco, przytulił, szepnął:
— Cieszę się, że przyjechałaś. Wybacz, nie powiedziałem Ilonie. Chciałem, żeby po prostu cię zobaczyła…
Weronika nie odpowiedziała. Wszystko stało się dla niej jasne.
Ilona podeszła chwilę później. Nie sama — z całym orszakiem. Suknia od projektanta, twarz idealnie wymodelowana, wzrok — szklany.
— Weronika? Co za niespodzianka — powiedziała z grymasem, który udawał uśmiech. — Ty… tutaj?
— Ja to ja. A tutaj to tylko miejsce — spokojnie odparła Weronika. — Gratuluję jubileuszu.
— Dziękuję. Mam nadzieję, że podróż nie była zbyt męcząca?
— Trochę. Ale Ewa Kowalska pomogła. Zabawne, jak trwałe bywają stare więzi, nawet po latach.
— Ewa? No tak… Bardzo nam pomogła, gdy się przeprowadzaliśmy. Podobno ma dobry gust. To nie jej suknia?
— Jest wygodna. I leży lepiej niż niektóre wspomnienia.
Ilona na moment straciła rezon.
— No cóż… Miłego wieczoru.
— Już jest miło. Dziękuję za zaproszenie.
— Ja… nie zapraszałam.
— Ale też nie wyrzucasz — odpowiedziała Weronika z lekkim półuśmiechem.
Później, gdy jeden z gości nagle osunął się na krześle i zaczął sinieć, w sali wybuchła panika.
— Dusi się! — krzyknęła kobieta w sukni w leopardzie. — Niech ktoś wezwie karetkę!
— Jestem lekarzem — spokojnie powiedziała Weronika, już stojąc obok. Bez histerii, bez zamieszania, precyzyjnie. Badanie, puls, podłożona torba pod głowę, rozpięty kołnierzyk. Działała, jakby robiła to codziennie. I robiła.
Karetka przyjechała po piętnastu minutach. Przez ten czas ani Ilona, ani nikt z jej świty nawet nie podszedł.
Rano Weronika obudziła się w pokoju u Ewy. Suknia była starannie złożona na krześle, na stole — kawa i kartka:
„Postąpiłaś słusznie. Jeśli zechcesz znów zniknąć w tym mieście — dzwoń. Pokój jest twój.”
Na lotnisku czuła ulgę.
Nie dlatego, że wszystko się skończyło.
Ale dlatego, że wreszcie wszystko znalazło swoje miejsce.
Ta przyjaźń umarła dawno. Pogrzeb tylko się przeciągnął. Teraz się odbył. Bez kwiatów. Bez łez. Ale z pożegnaniem.
Krzysztof czekał na nią przy wyjściu. Jego kudłaty pies Burek o mało nie przewrócił jej z radości.
— No i jak było? — zapytał.
— Zamknęłam gestalt.
— Z hukiem?
— Trochę. Ale z godnością.
— I?
— Już nie ciągnie.
Wziął od niej torbę.
Ona wzięła go pod rękę.
I poszli do domu.



