Świeca na Wietrze

DZIENNIK: ŚWIECA NA WIETRZE

Zofia Aleksandrowna zdjęła lateksowe rękawiczki i maseczkę ochronną, wrzuciła je do metalowej misy i, wyczerpana do granic możliwości, wyszła z sali operacyjnej. To była jedna z tych operacji, w których stawką jest ludzkie życie. Pacjent, Jerzy Mikołajewicz Sokołowski, starszy mężczyzna z chorym sercem, cudem wytrzymał narkozę.

Teraz pozostało tylko czekać…

Nocy Zofia nie spała. Leżała na wąskim łóżku w pokoju dyżurnym, wpatrując się w sufit. Biała, popękana tynkowina zdawała się wciągać ją w siebie, przypominając o przeszłości, którą dawno ukryła głęboko w sercu. Te pęknięcia wyglądały jak przedłużenie tego, co zostało daleko za nią — maleńkiej, zasypanej śniegiem wioski Brzeźno pod Białymstokiem, gdzie zaczęła się jej dorosłość.

Zofia zamknęła oczy, a czas cofnął się wstecz. Znów miała dziewiętnaście lat, stała przy rozpadającej się cerkwi — starej, drewnianej, z czarną sadzą na ścianach i dzwonem zawieszonym w próżni.

W tamtych latach, po ukończeniu studiów, wysłano ją na prowincję. Tam po raz pierwszy poznała smak życia wśród ciszy, siarczystych mrozów i ludzkiej obojętności.

Do tej cerkwi weszła pewnego dnia, jakby prowadzona przeczuciem. W środku pachniało kurzem, chłodem i woskiem. Zapaliła świecę, mając nadzieję, że choć tu znajdzie odrobinę ciepła.

— Coś cię gnębi, siostrzyczko? — usłyszała za sobą.

Przed nią stał młody ksiądz — ojciec Jan.

— Tylko przeszłam — odparła, wymuszając uśmiech.

Od tamtej pory zaglądała częściej. Ich rozmowy były długie i ciche. Wydawał się jej bliski — mądry, wrażliwy. Jakby rozumiał, co kryje się w jej duszy.

Pewnego dnia szepnęła:
— Dzisiaj są urodziny ojca. Był żołnierzem. Zginął w 1920, pod Warszawą…

Nie wiedziała, że to będzie jej zgubą.

Tej nocy drzwi jej domu zatrzęsły się od uderzeń. Zofia narzuciła szlafrok, otworzyła — i wszystko się skończyło.

Rewizja, przekleństwa, krzyki. Ojciec Jan okazał się kapusiem. Wydał ją za „antypaństwowe” rozmowy.

W areszcie nie bito jej od razu. Najpierw była przesłuchanie. Śledczy był niski, łysy, o zmęczonych oczach.

— Siadaj. Jestem Marek Stanisławowicz Kowalski. Nie bój się — powiedział cicho. — Nie wszyscy tu są bestiami. Choć czasy mamy takie, że człowiek to jak świeca na wietrze. Najlżejszy podmuch — i gaśnie…

Nie uderzył jej. Patrzył ze współczuciem.

— Nie mogę cię stąd wyciągnąć, Zosiu. Ale do łagru też nie dam cię wysłać. Spróbuję wyrobić zesłanie. Módl się tylko, by nikt więcej nie zainteresował się twoją sprawą.

Tak trafiła do Brzeźna.

Prowadziła tam jedna droga — zaśnieżona, prosta jak strzała. Zima była sroga.

Nikt jej nie chciał przyjąć — zesłańców unikano jak ognia. Pukała do każdego domu, a w odpowiedzi słyszała tylko „Nie!” lub ciszę.

— Ludzi znajdziesz nawet na Syberii — przypomniała sobie słowa Kowalskiego.

Tylko jedne drzwi otworzyły się — Stanisława, młoda wdowa.

— Wejdź. Tylko zachowuj się spokojnie.

Tak Zofia została u niej. Pracowała w ogrodzie, leczyła wieśniaków, opiekowała się dziećmi i zwierzętami. Ludzie powoli zaczynali jej ufać.

Minęły dwa lata. Co dwa tygodnie meldowała się w urzędzie rejonowym. Naczelnik, Wojciech Kazimierz Nowak, przyjmował ją w milczeniu, obojętnie stawiając podpis w rejestrze.

W trzecim roku wszystko się zmieniło.

Był późny wieczór. Zawierucha.

Pod dom Stanisławy zatrzymały się sanie. Wpadł Nowak, cały ośnieżony.

— Moja córka umiera. Pomóż.

Zofia spakowała narzędzia. Pognali do jego domu.

Na łóżku leżała może siedmioletnia dziewczynka. Szara twarz, zapadnięte policzki, ledwo słyszalny oddech. W kącie nudziła się lekarka z rejonowego szpitala.

— Błonica — rzuciła.

— Macie skalpel?

— Przywiozą. Za jakieś pięć godzin.

— Za pięć godzin będzie za późno — ucZofia wzięła nóż ze stołu, przystawiła do płomienia świecy i, nie wahając się ani chwili, przecięła obrzęk w gardle dziewczynki.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 − 1 =

Świeca na Wietrze