Pokonani przez wolność: historia jednego flakonika
Z Arturem znamy się od lat, ale prawdziwa przyjaźń zrodziła się dopiero dwa lata temu. Obaj przeżywaliśmy wtedy trudne rozwody – każdy swój drugi. Nie popadliśmy w alkoholizm, wręcz przeciwnie: sport, rowery, poranne biegi. Mężczyzn nie łączy wódka – łączy ich wolność. I strach przed jej ponowną utratą.
Artur wyszedł z małżeństwa poturbowany, jakby nie przez sąd, lecz przez walec drogowy. Jego była urządziła prawdziwą bitwę o majątek, emocje i każdy łyżeczkowy serwis. U mnie poszło łagodniej, ale też bez braw. Wyzwoliliśmy się mniej więcej w tym samym czasie, jakby zrzuciliśmy z pleców betonowe worki.
Dobrze pamiętam ten wieczór, gdy jechaliśmy alejkami parku Łazienkowskiego na rowerach, a on nagle puścił kierownicę, rozłożył ręce i wykrzyczał na całą okolicę:
— Wol-no-o-ość!
Podwórkowe psy szczekały, babcie żegnały się znakiem krzyża, a my śmialiśmy się jak dwaj uciekinierzy z zakładu psychiatrycznego. Ale to było szczęście. Czyste, głośne, szczere.
Rok żyliśmy jak na wolności: bez zobowiązań, bez narzekania, bez codziennej rutyny. Chudliśmy, młodnieliśmy, wstawaliśmy o świcie. Życie rodzinne, jak się okazało, nie tylko postarza duszę – ale też tuczy ciało. A wolność leczy.
Pewnego wieczoru zajrzałem do Artura – kupił nowy rower, chciał pochwalić. Krzątaliśmy się w przedpokoju, łańcuch był w smarze, więc poszedłem się umyć w łazience. I tam – ona. Mały różowy pojemniczek na półce. Kosmetyk. Damski.
— Artuuur! — krzyknąłem podejrzliwie. — Co to za czary-mary?!
— A! To jest Lilkowe — odparł, jakby nigdy nic.
— Jakie Lilko?
— No, nie mówiłem ci? W sumie poznałem dziewczynę… Weronika, prawniczka, dużo pracuje. Czasem zostaje na noc. No i zostawiła pojemnik. Żeby nie wozić tam i z powrotem.
Zaciąłem usta:
— Zaczyna się…
— Co się zaczyna?
— Inwazja. To pierwszy objaw. Jak w „Obcym”: najpierw kropla, potem śluz, w końcu – potwór rozrywający klatkę piersiową.
Artur się śmiał. Ja – nie. Bo wiedziałem: kobiety nie szturmują, one otulają. Nie muszą krzyczeć i łamać – wpełzają do życia mężczyzny jak dym pod drzwi. Najpierw pojemniczek. Potem szczotka. Potem kapcie. Potem ona.
Po tygodniu zaprosił mnie, żebym ją poznał. Weronika – piękna, spokojna, w eleganckich kolczykach i drogim kaszmirowym swetrze. Poczęstowała nas makaronem i pizzą z ananasem. Gdy myłem ręce, zobaczyłem w łazience już dwie szczoteczki – i jeszcze jeden flakonik. Tylko prychnąłem: „Wirus się rozprzestrzenia”.
A potem nadszedł wieczór, gdy Artur nie pojechał ze mną jeździć.
— Dzisiaj nie dam rady — powiedział.
Przyjechałem sam, wściekły, zdeterminowany, chciałem wyciągnąć go z tej pułapki.
Otworzył mi w szlafroku. Szlafrok! U faceta, który jeszcze miesiąc temu nosił szorty i adidasy na bosaka!
— Tomku, mogłeś chociaż zadzwonić…
Z sypialni dobiegło:
— Artur, kto tam?
— To… Tomek. Pożyczył pompkę…
Poszedłem się umyć. I zrozumiałem: łazienka już nie jego. Krem do golenia i pasta schowały się w kąt. A wokół – różowy świat w pojemniczkach. I kolczyki na półce. Zwycięstwo było totalne.
Potem przyjechałem pomóc z meblami. Montaż, wkręty, półki, szafa. Weronika chodziła z komendą w głosie:
— To – na balkon. To – do wyrzucenia. I to też wynieść.
Artur próbował protestować. Bez skutku. W pewnym momencie odwróciła się do mnie i rzekła:
— A tobie rower nie przyda się? U nas tylko miejsce zajmuje.
Tak to się kończy. Wolność nie poddaje się z krzykiem. Umiera cicho – pod szelest sukienki i zapach balsamu. Kobieta przychodzi – i odbija centymetr po centymetrze: półeczkę, wieszak, parapet, szafę. Potem – duszę.
Minął rok. Z Arturem pisaliśmy sporadycznie. Rower pokrył się kurzem. Odpowiadał coraz rzadziej. Jeździłem sam. Smutno. Ale wolno.
A potem i do mnie przyszła Ona. I po miesiącu – nieśmiałe pytanie:
— Mogę u ciebie zostawić krem?
I nie powiedziałem „nie”. Uśmiechnąłem się. Jak idiota. Bo już się zakochałem.
Teraz już wiem. Pojemniczek stoi. Forma wrogiej inwazji identyczna.
Jestem przegrany. Wszystko.
Żegnaj, wolności.



