Skradzione serce

Zimowa opowieść

Tegoroczna zima na Podhalu była bezlitosna: mróz sięgający czterdziestu stopni skuł wszystko wokół, a nocą temperatura spadała jeszcze niżej, jakby sama natura wystawiała ludzi na próbę.

— Wojciech, ubierz się cieplej! Załóż sweter, ten wełniany, który ja dla ciebie zrobiłam — mówiła Elżbieta, żegnając męża wychodzącego do pracy.

Mimo siarczystego zimna, obowiązki w gospodarstwie nie mogły czekać. Głodne i zniecierpliwione krowy domagały się opieki. Wojciech, już niemłody, na progu emerytury, jak zwykle szykował się do pracy. Elżbieta została w domu — czekała na córkę z wnukiem, ale ta zadzwoniła z miasta:

— Mamo, póki mróz nie odpuści, nie ryzykujemy jazdy. Przyjedziemy w weekend.

— Słusznie, córeczko. A nuż autobus zepsuje się w taką pogodę? Trzymajcie się ciepło — odparła Elżbieta, ukrywając niepokój.

Odłożyła telefon i zamyśliła się, tonąc we wspomnieniach. Przed oczami stanęła jej zima sprzed niemal pół wieku, gdy jako młoda Ela wyruszyła z przyjaciółką Basią do zapadłej wsi, do babci Basi. Wtedy też mróz szczypał, sięgał trzydziestu pięciu stopni, ale młodość brała górę.

— Elu, jedź ze mną do babci! — namawiała Basia. — Ferie zimowe, sama się nudzę, a ty zobaczysz naszą wieś. Prawda, że jeszcze trzeba będzie się przebrać przez zaspy, ale damy radę!

Obie miały po szesnaście lat. Ela, przekonawszy matkę, spakowała się w drogę. Ciepłe ubranie, bojowy nastrój — mróz im nie straszny. Autobus dowiózł je do większej wsi, ale dalej kierowca odmówił jazdy:

— Koniec trasy! Droga zawiana, traktor nie przejechał. Nie ruszę, utkniemy! — burknął, ignorując protesty pasażerów.

Ela i Basia, jak wszyscy, wysiadły.

— Elu, do wsi jeszcze z dziesięć kilometrów — westchnęła Basia. — Gdzie w taką pogodę? Chodźmy do cioci Zosi, siostry mamy. Przenocujemy, a rano zobaczymy. Mama dała namiary, na wszelki wypadek.

Tak też zrobiły. Ciocia Zosia nakarmiła je gorącym żurem, napoiła herbatą z miodem, położyła w maleńkiej izdebce. A rano sąsiad, wujek Staszek, zgodził się podwieźć je saniami. Ciocia Zosia już wieczorem się umówiła:

— Staszek, zabierz dziewczyny, muszą do babci.

— Jakże nie zabrać? — odparł dobrodusznie. — Z wiatrem je zawiozę!

Ela i Basia wgramoliły się do sań.

— No, dziewczyny, okryjcie się kożuchem, bo zmarzniecie! — Wujek Staszek troskliwie otulił je ciężkim futrem i ruszył koniem.

Sanie pomknęły po zaśnieżonej drodze. Za wsią ciągnął się las świerkowy, a dalej — bezkresna równina przykryta białym całunem. Droga była wyboista, miejscami zawiana, ale koń szedł pewnie.

— Wujku Staszku, a ile pan ma lat? — spytała Basia, by przerwać milczenie.

— Koło siedemdziesiątki — uśmiechnął się. — Ale jeszcze się trzymam! Latem owce pasę, bacą jestem. Nasze połoniny to widok — wszystko kwitnie, pachnie. Przyjedźcie latem, zobaczycie!

**Opowieść z duszą**

Wujka Staszka we wsi lubili. Dobrotliwy, otwarty, umiał opowiadać tak, że zapominało się o mrozie i długiej drodze. Gadali o byle czym, aż nagle Staszek, mrużąc oczy, rzekł:

— Tędy to ja swoją Marysię przywiozłem. Dawno, z pięćdziesiąt lat temu. Można powiedzieć, że ją… ukradłem.

— Jak to ukradł? — zdziwiła się Basia. — Opowiedz, wujku!

— Ta staruszka, co nas żegnała? — dopowiedziała Ela.

— Tak, moja Marychna — skinął głową, a w jego oczach błysnęło. — Wtedy była dziewczyną, młodą jak wy.

Ela i Basia przycichły, by nie uronić słowa.

— Dawno to było — zaczął Staszek. — Pojechałem do tej wsi, gdzie was teraz wiozę. Ojciec wysłał mnie w sprawach do jego brata, wuja Kazika. Miałem dwadzieścia pięć lat, nieżonaty, wciąż szukałem tej jedynej, co by serce poruszyła. W naszej wsi takiej nie znalazłem.

Przyjechał Staszek do wuja Kazika. Ten miał syna, Janka, w wieku Staszka.

— Witaj, Stachu! — powitał go Janek. — Tata w oborze, zaraz wróci. A wieczorem pójdziemy do świetlicy, u nas dziewczyny pierwsza klasa!

W świetlicy huczała muzyka. Dziewczęta wirowały w tańcu, podbiegały do Staszka, ciągnęły go w wir. Ale on, złapawszy oddech, zauważył ją — tę, która właśnie weszła. Niewysoka, z długim, lnianym warkoczem, w białych kierpcach i zgrabnej kożuszynie, zdejmowała chustę, a jej policzki pałały od mrozu.

— Janek, kto to? — spytał Staszek, nie odrywając wzroku.

— Marysia, córka wuja Wojtka, sąsiada. Dobra dziewczyna, ale ojciec to bestia. Nikt z nim nie zadziera — odparł Janek.

Staszek nie zwlekał — podszedł do Marysi. Cały wieczór tańczyli, śmiali się, rozmawiali. Marysia okazała się pogodna i szczera. Później odprowadzali ją z Jankiem do domu. Janek odszedł, zostawiając ich samych pod drzwiami.

Od tamtego wieczoru Staszek często zaglądał do wsi. Marysia rozpalała jego krew, nie dawała spokoju. Ale gdy pewnego razu wspomniał o ślubie, zobaczył jej łzy:

— Ojciec nie odda mnie do innej wsi. Mówi, że za wcześnie, a i kawaler już jest, miejscowy. Zabrania mi się z tobą widywać.

— Nie, Marysiu, tyś moja — stanowczo rzekł Staszek. — Czekaj, przyjadę po ciebie.

**Pogoń w mroźną noc**

Staszek zamilkł, wpatrzony w zaśnieżoną równinę, jakby znów przeżywał tamte chwile. Basia niecierpliwie podpowiedziała:

— No i co było dalej, wujku?

— A potem odmowa — westchnął. — Ojciec Marysi, Wojtek, pokazał mi drzwi. Rzekł, córka nigdzie nie pojedzie, wyjdzie za swojaka. Ale ja wiedziałem: Marysia mnie kocha. Bez niej życia nie ma.

Staszek wrócił do Janka,Wrócił do Janka, poprosił, by przekazał Marysi, że wróci po nią za trzy dni – i tej nocy, gdy mróz skuwał ziemię, czekał na nią za wsią, a gdy wreszcie wybiegła z węzełkiem w dłoni, porwał ją w ramiona i ruszył saniami w ciemność, gdzie czekało ich nowe życie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − cztery =

Skradzione serce