Świat, w którym samotność nie przeraża

Ranek był martwo cichy. Klatka schodowa, jak zwykle, oddychała zastanym powietrzem – mieszanką kociej karmy, starego plastiku i czegoś słodkawo-lepkiego, co przypominało zbutwiałą skórkę mandarynki albo tani perfumy. Karolina przycisnęła czoło do zimnej framugi i zastygła, nasłuchując, jak w sąsiednim mieszkaniu po raz kolejny zatrzasnęły się drzwi balkonowe. Już trzeci raz w tym tygodniu. Ostry, nerwowy dźwięk – nie od wiatru. Brzmiał jak krzyk, jak echo cudzej kłótni, jakby ściana między ich życiami stała się zbyt cienka.

Karolina pociągnęła nosem. Nie z zimna – ze zmęczenia, które stało się już chroniczne. Wciągnęła szare, wytarte trampki z wygniecionymi piętami – swoje „zbroje na każdy dzień”. W nich była niemal niewidzialna, ale jednak jakoś zebrana. Cała. Choć w środku wszystko się już dawno rozpadło.

Sąsiad z czwartego piętra, ten z wąsami w kolorze ceglanego pyłu i nieodłącznym niebieskim dresem, przemknął obok jak cień. Kiedyś zatrzymał ją na klatce słowami: „Samotnie to pewnie nudno, co?”. Od tamtej pory jego głos drapał jak rdzawe ostrze wbrane pod paznokieć.

Autobus, jak zawsze, spóźnił się. W środku pachniało mokrymi kurtkami, piwem i kwasem beznadziei. Karolina złapała poręcz tak mocno, że jej palce zbieleły, i wpatrywała się w mętną szybę. Odbiło się w niej blade oblicze, podkrążone oczy, popielaty płaszcz zsuwający się z jednego ramienia. Jakby wszystko w niej było nie na miejscu. Mama powiedziałaby: „Wyglądasz jak cień”. Tylko że mama nie wie, jak to jest żyć, gdy dni się nie kończą, tylko zlewają w jedną szarą, kleistą masę, w której nie widać ani początku, ani końca.

W biurze było pusto. Prawie wszyscy przeszli na pracę zdalną. Zostali tylko tacy jak ona – ci, którym w domu jest gorzej niż w tym martwym korytarzu. Tu przynajmniej nie słychać wyrzutów, talerze nie rozbijają się o ścianę, nikt nie wierci wzrokiem. Tu było bezpiecznie. Zimno. Pusto. Ale bezpiecznie.

O pierwszej wyszła na dziedziniec biznesowego centrum. Nie paliła. Po prostu stała. Obok przeszedł ochroniarz, udając, że jej nie widzi – jak zawsze. W kieszeni zadzwonił telefon. Matka.

— Mamo, jestem w pracy.

— Znowu sama. Może gdzieś wyjdziesz? Chociaż się przejdź.

— Mam sprawy.

— Karolinko, to nie jest życie. Ty tylko istniejesz. W trzydzieści dwa lata…

— Pa, mamo.

Rozłączyła się. Bez złości. Po prostu nie miała już siły się tłumaczyć.

W drodze powrotnej wstąpiła do sklepu. Kupiła ser biały, bułki, miętową herbatę. Przy kasie starszy mężczyzna. Uśmiechnął się i bez słów przepuścił ją przodem.
— Dziękuję — powiedziała. I sama zdziwiła się, jak spokojnie i lekko to zabrzmiało.

W domu było już ciemno, choć jeszcze nie wieczór. Karolina włączyła nie żyrandol, ale starą girlandę – tę samą, którą kiedyś zawiesili na Nowy Rok. Wtedy, tamtej zimy, wszystko wydawało się inne. Proste. Wesołe. Ciepłe. Śmiali się, jedli przypalone tosty, słuchali muzyki z telefonu. A teraz… była sama.

Usiadła na podłodze. Oparła się plecami o ścianę. Lodówka stuknęła, jakby potwierdzając, że dom wciąż żyje. Nie przestraszyła się. Tylko westchnęła. Dźwięki już nie były wrogami. Były świadkami.

Wzięła telefon. Otworzyła folder z nagraniami. „Głos”. Piętnaście plików. Mówił: „Jestem z tobą, tylko ty się liczysz”, „Dam— „Dam radę”, „Jesteś wyjątkowa”, a ostatni nagrany fragment to już tylko urywane słowa, krzyk, przekleństwa, głuchy odgłos — drzwi? pięść? serce?

Karolina nacisnęła „usuń”, a jej dłoń ani drgnęła.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × 4 =

Świat, w którym samotność nie przeraża