Przeznaczone spotkanie

Dzisiaj postanowiłam spisać swoje myśli, bo wydarzyło się coś niezwykłego. Wyszłam za mąż za Jacka zaraz po studiach. Nasza miłość była tak silna, że cały świat wydawał się istnieć tylko dla nas. Widząc nasze szczęście, rodzice pomogli nam kupić przestronne dwupokojowe mieszkanie w Krakowie.

Jeden pokój urządziliśmy z drżeniem serca na pokój dziecięcy. Kupiliśmy dwie małe łóżeczka, wyobrażając sobie, jak nasze przyszłe dziecko będzie w jednym z nich słodko spało. Wybraliśmy nawet imię dla pierworodnego – Mikołaj. Jakoś byliśmy pewni, że pierwsze będzie chłopcem. Na wszelki wypadek, gdyby urodziła się dziewczynka, mieliśmy w zanadrzu imię – Zuzanna. Ale wszystkim znajomym z zachwytem mówiliśmy tylko o Mikołaju, jakby dziewczynka była odległą możliwością.

Gdy babcia Krystyna dowiedziała się o tym, surowo mnie zbeształa:

– Aniu, nie możesz tak! To zła wróżba dawać imię przed narodzinami! Imię nadaje się dopiero dziecku, które już przyszło na świat!

– Babciu, no przecież to tylko przesądy! – machnęłam ręką, śmiejąc się.

Minęły jednak trzy lata, a pokój dziecięcy wciąż stał pusty, jakby przeklęty. Nie mogłam zajść w ciążę. Leki, leczenie, badania… Nic nie pomagało. Nadzieja topniała jak wiosenny śnieg, zostawiając tylko pustkę.

Babcia Krysia, widząc moje cierpienie, namówiła mnie na wizytę u znachorki, ciotki Marianny. Nie wierzyłam w takie rzeczy, ale rozpacz sprawiła, że się zgodziłam. „A nuż?” – przemknęło mi przez myśl.

Ciotka Marianna, wysłuchawszy mnie, spojrzała na mnie głębokimi, prawie przerażającymi oczami i powiedziała:

– Marzyliście z mężem o synu, daliście mu imię – Mikołaj. Ale imię narodziło się przed dzieckiem. Ktoś je zabrał. Teraz i wy, i ten, kto nosi to imię, jesteście nieszczęśliwi. Uczyńcie tego chłopca szczęśliwym – a szczęście wróci do was.

Słuchałam, a serce ściskało mi się z bólu. Jej słowa brzmiały dziwnie prawdziwie.

– Ciotko Marianno, co mam zrobić? – głos mi się załamał.

– Zrozumiesz sama – odpowiedziała zagadkowo. – Zrozumiesz, a szczęście zagości w waszym domu.

Minął kolejny rok. Dziecka wciąż nie było. Prawie zapomniałam o słowach znachorki, ale iskra nadziei tliła się w moim sercu. Jacek też nie tracił wiary, choć w jego oczach pojawiał się coraz częściej cień smutku.

Pewnego dnia byłam w drugim końcu miasta załatwiać sprawy. Szłam obok starego teatru lalek, gdy podjechał autobus z napisem „Dom Dziecka”. Wysypała się z niego gromadka maluchów, szczebioczących jak wróbelki. Zatrzymałam się, zauroczona ich śmiechem. Nagle rozległ się głos wychowawczyni:

– Mikołaj!

Chłopiec pogadający za uciekającą czapką wybiegł na ulicę. Byłam najbliżej – rzuciłam się, złapałam go za rękę i przycisnęłam do siebie, czując, jak serce bije mi jak szalone.

– Mikołaj! – wyszeptałam, sama nie rozumiejąc, dlaczego nazwałam go po imieniu.

– Mamo… – szepnął malec, oplatając moją szyję drobnymi rączkami.

Podbiegła wychowawczyni:

– Dziękuję pani!

Próbowała zabrać chłopca, ale on kurczowo mnie trzymał.

– Mikołaj, chodźmy na przedstawienie! – powiedziałam cicho, wciąż drżąc z wrażenia.

– Dlaczego nazwał mnie mamą? – spytałam wychowawczynię, nie mogąc oderwać wzroku od jego wielkich oczu.

– Tak nazywają wszystkich, którzy im się podobają – odpowiedziała, po czym dodała: – Nie ma pani swoich dzieci?

– Nie… – mój głos zadrżał, łzy napłynęły do oczu. – Tak bardzo z mężem chcemy…

Wychowawczyni spojrzała na mnie ciepło.

– Mikołaj to wspaniały chłopiec. Niech pani do nas przyjdzie.

Wieczorem spotkałam Jacka zapłakana.

– Co się stało, Aniu? – rzucił się, by mnie przytulić.

– Dzisiaj pod teatrem był autobus z domu dziecka – zaczęłam, powstrzymując łzy. – Jeden chłopiec wybiegł na ulicę. Złapałam go. Przytulił mnie i nazwał mamą. A na imię ma… Mikołaj.

Wybuchnęłam płaczem, chowając twarz w jego ramieniu.

– Jacek, zabierzmy go. Będzie naszym synem.

Zamyślił się, ale po chwili uśmiechnął się.

– Ile ma lat? – spytał.

– Trzy albo cztery. Jest taki jasny, taki dobry. Wszystko we mnie się przewróciło, gdy go przytuliłam.

– Dobrze, uspokój się – pogłaskał mnie po głowie. – Jutro jedziemy do domu dziecka.

Następnego dnia, z zabawkami i słodyczami, pojechaliśmy do domu dziecka. Dyrektor, pani Danuta, przywitała nas życzliwie.

– Dzień dobry! Wejdźcie – powiedziała. – Dziękuję za wczoraj, Anno.

– Dzień dobry – starałam się opanować drżenie głosu. – Jestem Anna, to mój mąż Jacek. Chcemy poznać Mikołaja.

– Zaraz go przyprowadzę – skinęła głową.

Czekaliśmy w sali, a każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność. Drzwi się otworzyły, a Mikołaj, zobaczywszy mnie, krzyknął:

– Mamo!

Przytuliłam go, łzy spływały po policzkach.

– Mikołaj, mój najdroższy…

Jacek wyciągnął zabawki. Chłopiec podszedł do niego z ciekawością.

– Otwierajmy! – zawołał Jacek.

W pudełkach były samochodzik, robot i miś. Mikołaj promieniał. Pani Danuta szepnęła mi:

– Porozmawiajmy w gabinecie. Niech oni się pobawią.

Pół godziny później wróciłam z dokumentami. Jacek i Mikołaj wciąż się bawili.

– Już się zaprzyjaźniliśmy – uśmiechnął się Jacek.

– Mikołaj, czas spać – powiedziała dyrektor, ale chłopiec spojrzał na mnie przestraszony.

– Jutro przyjdziemy – nachyliłam się. – Będziesz czekał?

– Będę – szepnął, obejmując mnie.

Rozpoczął się proces adopcyjny. Spędzaliśmy z Mikołajem każdą wolną chwilę. Za każdym razem czekał na nas, rozpromieniony.

Pewnego piątku Jacek pojechał sam. WziąłWszyscy w domu przyzwyczajali się do nowego życia, a moje serce powoli wypełniała nadzieja, że może teraz, gdy Mikołaj jest już z nami, przyjdzie czas na kolejne cudowne zdarzenie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × cztery =

Przeznaczone spotkanie