Małgorzata szykowała kolację, nakrywając stół dla siebie i męża. Wieczór zapowiadał się cicho i przytulnie, gdy nagle ciszę przerwał przenikliwy dzwonek do drzwi. Nie spodziewali się gości, a ten dźwięk zawisł w powietrzu niczym zapowiedź czegoś nieoczekiwanego.
— Krzysztof, otwórz, proszę, kto tam? — zawołała Małgorzata z kuchni, wycierając ręce o ręcznik.
Krzysztof, oderwawszy się od telewizora, niechętnie wstał i podszedł do drzwi. Gdy je otworzył, zastygł w osłupieniu.
— Ciociu Halino? Skąd się tu wzięłaś? — W jego głosie brzmiało autentyczne zdumienie. Przed nim stała starsza siostra jego zmarłej matki, kobieta, której nie widział od lat.
— Dobry wieczór, Krzysztofku. Postanowiłam was odwiedzić. Mogę wejść? — Halina uśmiechnęła się, ale w jej oczach przemknęła nuta zmęczenia.
— Oczywiście, proszę! — Krzysztof odsunął się, przepuszczając gościa. — Dlaczego nie dałaś znać? Spotkałbym cię na dworcu.
— Tak jakoś spontanicznie wyszło — odparła, ostrożnie stawiając na podłodze ciężką torbę. — Byłam u twojej siostry w Łodzi, a teraz do was, do Krakowa, zawitałam się.
Małgorzata, usłyszawszy głosy, wyszła z kuchni, poprawiając fartuch. Na widok gościa lekko zmarszczyła brwi.
— Witam, ciociu Halino! Co za niespodzianka… Zjecie z nami kolację?
— Nie odmówię, dziękuję — odpowiedziała kobieta, kierując się do łazienki, by umyć ręce.
Małgorzata rzuciła mężowi pytające spojrzenie, ledwo powstrzymując irytację.
— Nie miałem pojęcia, że przyjedzie — szepnął usprawiedliwiająco Krzysztof.
— I na długo się u nas zatrzyma? — Małgorzata skrzyżowała ręce. — Mamy ją wozić po mieście, karmić? Po co właściwie się zjawiła?
— Uspokój się, wszystko wyjaśnimy — Krzysztof wzruszył ramionami, starając się nie eskalować napięcia.
Gdy Halina wróciła, postawiła na stole torbę z upominkami.
— Przyniosłam wam ze wsi: świeży miód od sąsiada, czosnek, różne zioła. W mieście za to pewnie majątek byście zapłacili. No, opowiadajcie, jak wam się żyje? Jak wasz synek?
— Żyjemy jak wszyscy — zaczął Krzysztof. — Mieszkanie na kredyt, pracujemy, kręcimy się. Bartek jest w pierwszej liceum, wciągnął się w programowanie. Zaraz wróci z treningu. A u ciebie jak?
— Brawo, że wzięliście mieszkanie — skinęła Halina. — Ja zaś postanowiłam rodzinę odwiedzić. Po śmierci waszej mamy, Krzysztof, kontakt się urwał. Do miasta nie przyjeżdżacie, mnóstwo spraw, rozumiem. A mi na wsi samotnie smutno. Starość, jak to mówią, nie radość…
— Kotlety, Małgorzato, po prostu palce lizać — dodała, odgryzając kawałek. — I mieszkanie macie przytulne, brawo.
— A na długo pani zostaje? — ostrożnie zapytała Małgorzata, maskując zniecierpliwienie. Krzysztof spojrzał na nią z wyrzutem.
— Na trzy dni — odpowiedziała Halina. — Chcę wasze miasto zobaczyć, dawno nie byłam. Potem pojadę dalej. Spotkam się z wami, z Bartkiem. Ty, Małgorzato, taka piękna i dobra gospodyni.
Małgorzata wymusiła uśmiech. Komplementy były miłe, ale sytuacja wciąż ją męczyła.
— Będzie pani spać chyba w kuchni, na rozkładanym łóżku — powiedziała. — Mamy tylko dwa pokoje: jeden nasz, drugi Bartka.
— Ja nie wymagająca, gdzie położysz, tam się położę — machnęła ręką gość. — Dziękuję za kolację, było przepysznie.
W tej chwili do mieszkania wpadł Bartek, zdyszany, z plecakiem na ramieniu.
— Synu, to twoja ciocia Halina, siostra babci Zofii — przedstawił Krzysztof. — Pewnie jej nie pamiętasz, byłeś mały, jak jeździliśmy do niej.
— Witam — Bartek przyjrzał się gościowi uważnie. — Naprawdę podobna pani do babci Zofii…
— Miło cię poznać, Bartku — uśmiechnęła się Halina. — Słyszałam, że interesujesz się programowaniem?
— Tak — ożywił się dzieciak. — Tylko komputer mam stary, zawala się. Piszę programy, ale wszystko wolno działa.
— Świetnie, tak trzymaj. Programiści dziś na wagę złota — dodała zachęcająco.
— A pani kim była? — zainteresował się Bartek.
— Lekarką, potem wykładałam na medycynie. A później wyszłam za mąż, przeprowadziłam się na wieś. I tam zostałam. Pomagać ludziom, Bartku, to piękna rzecz.
— Fajnie — skinął głową chłopak, pod wrażeniem.
— No to może już posłamy cioci, niech odpoczywa — zaproponował Krzysztof. — Jutro mam wolne, mogę pokazać ci miasto.
— Dziękuję, Krzysztofie, z przyjemnością — odpowiedziała Halina, a w jej głosie zadrgała szczera wdzięczność.
Gdy wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, Małgorzata, leżąc w łóżku, zaczęła szeptem wyrzucać mężowi:
— Co to za nowiny? Przyjechała po nocy, z miodem i czosnkiem, i myśli, że mamy skakać z radości? Teraz ją zabawiać, karmić! Co to za ludzie?
— Małgorzato, uspokój się — cicho odpowiedział Krzysztof. — To moja jedyna ciotka. Wychowała moją mamę, ich rodzice wcześnie odeszli. Życie miała ciężkie: męża, syna — wszystkich straciła. Potem znów wyszła za mąż, przeniosła się na wieś, gospodarstwo założyła. Ale i drugi mąż zmarł. Wyobrażasz sobie, jak jej samotnie? A ona trzyma się, do rodziny jeździ. Nic strasznego, wytrzymaj te dwa dni.
— Znam jej historię, twoja mama opowiadała — burknęła Małgorzata. — Ale i tak tak się nie robi. Jutro pojadę do swojej mamy, a ty sam się nią zajmij.



