Powrót do miasta zdrady
Katarzyna mieszała żurek w kuchni, gdy na stole zadzwonił telefon. Wiadomość od jej najlepszej przyjaciółki – Kamili. „Przyjedź do kawiarni, musimy porozmawiać” – brzmiał suchy tekst. Katarzyna od razu próbowała oddzwonić, ale Kamila nie odbierała. Coś ukłuło ją w sercu, ale postanowiła, że musi jechać. Szybko wyłączyła gaz, przebrała się i pół godziny później wchodziła do ich ulubionej kawiarni. Przy stoliku w rogu siedziała Kamila. A obok niej – Marek. Mąż Katarzyny. Ich pozycja nie pozostawiała wątpliwości.
— Kamila? Marek?! — Głos Katarzyny drżał, tak samo jak jej dłonie.
Kamila, nie mrugnąwszy okiem, usiadła Markowi na kolanach i pochyliła się ku jego twarzy. Marek próbował wstać, ale Katarzyna już się odwróciła i wyszła.
Ta scena była ostatnią kroplą. Wcześniej były podejrzenia, dziwne zachowania, nocne „spóźnienia” Marka w pracy. Ale to, że w zdradę zamieszana była jej przyjaciółka z dzieciństwa – złamało wszystko. I serce, i zaufanie.
Z Kamilą dorastały razem w cichym prowincjonalnym miasteczku. Kamila była sierotą – matka zniknęła, ojca nie znała. Wychowywała ją milcząca babcia. Katarzyna zaś była ukochaną córką w kochającej rodzinie. Rodzice często zabierali Kamilę ze sobą – na pikniki, do kina, na jarmarki. Kamila przywiązała się do nich jak do własnej rodziny. Całe dzieciństwo to było jedno wielkie „my”: my wspinałyśmy się na drzewa, my bawiłyśmy się w dom, my razem marzyłyśmy o ucieczce do wielkiego miasta.
I Katarzynie się udało. Studia medyczne, ślubowanie z Markiem – synem zamożnego biznesmena, mieszkanie w Warszawie, praca jako lekarka. Kamila została w miasteczku, sprzedawała buty. Ale gdy Katarzyna zaproponowała przyjaciółce przeprowadzkę, ta bez wahania się zgodziła. Marek nawet pomógł jej wynająć mieszkanie.
Katarzyna nie wiedziała wtedy, że w tajemnicy oni już ze sobą rozmawiali. Że Marek spotykał się z Kamilą na dworcu. Że za jej plecami rozpoczął się romans. W końcu to wyszło na jaw. Najpierw – dziwny chłód męża, potem – wiadomość od Kamili z prośbą o spotkanie w kawiarni, a w końcu – scena, której nie da się wymazać z pamięci.
Miesiąc później Marek złożył pozew o rozwód. Kamila wprowadziła się do ich mieszkania. Katarzyna, zaciskając zęby, wróciła do rodzinnego miasta. Zaczęła pracować jako internistka w miejscowym szpitalu, wynajęła pokój. Gdy ordynator oddziału przeszedł na emeryturę, to ją zaproponowano na to stanowisko.
Pewnego dnia podczas obchodu Katarzyna spotkała nowego pacjenta – statecznego mężczyznę o dobrych oczach. Wojciech Janowicz. Jego twarz wydawała się znajoma, ale nie mogła skojarzyć skąd. Podczas rozmowy nagle się roześmiał:
— Czy to nie ta dziewczynka, którą kiedyś złapałem, gdy spadała z drzewa?
Katarzyna zaniemówiła – wspomnienie wróciło natychmiast. W dzieciństwie, wracając ze szkoły, wdrapały się z Kamilą na stary jesion. Zaczepiła się sukienką o gałąź, przestraszyła się… A potem – silne ręce złapały ją w locie. I głos: „Po co się wspinasz? Przecież to niebezpieczne”.
Teraz ten głos znów brzmiał obok niej. I niosło to spokój, którego dawno nie czuła.
Po kilku tygodniach Wojciech zaprosił ją na kolację z okazji wypisu. Najpierw się wahała, ale w końcu zgodziła się. Potem wszystko potoczyło się swoim torem. Zbliżyli się, spotykali coraz częściej. W końcu – wzięli ślub.
Teraz Katarzyna mieszka z Wojciechem w dużym domu pod miastem. Wychowują bliźniaków. Jej rodzice są szczęśliwi. A życie wreszcie odzyskało sens.
A Kamila? Wróciła na prowincję i mieszka w domu babci. Marek szybko stracił do niej zainteresowanie i wyrzucił ją. Podobno teraz pracuje w warzywniaku. Smutna i zgorzkniała. A przecież każdy kij ma dwa końce. I zawsze wraca tam, skąd został wyrzucony.



