Powrót do miasta zdrady

Powrót do miasta zdrady

Marta mieszała rosół w kuchni, gdy telefon na stole krótko zapiszczał. Wiadomość przyszła od jej najlepszej przyjaciółki — Justyny. „Przyjedź do kawiarni, musimy porozmawiać” — brzmiał suchy tekst. Marta od razu spróbowała oddzwonić, ale tamta nie odebrała. Coś ukłuło ją w serce, ale zdecydowała: musi jechać. Szybko wyłączyła gaz, przebrała się i już po pół godzinie szła przez salę ich ulubionej kawiarni. Przy stoliku w rogu siedziała Justyna. A obok niej — Marek. Mąż Marty. Ich pozy nie pozostawiała wątpliwości.

— Justyna? Marek?! — głos Marty drżał, tak jak jej dłonie.

Justyna, nie mrugnąwszy okiem, usiadła Markowi na kolanach i nachyliła się do jego twarzy. Marek próbował wstać, ale Marta już się odwróciła i wyszła.

Ta scena była ostatnią kroplą. Wcześniej były podejrzenia, dziwne zachowania, nocne „spóźnienia” Marka w pracy. Ale to, że w zdradę zamieszana była jej przyjaciółka z dzieciństwa — złamało wszystko. I serce, i zaufanie.

Ona i Justyna dorastały razem w cichym prowincjonalnym miasteczku. Justyna była sierotą — matka zniknęła, ojca nie znała. Wychowywała ją milcząca babcia. Marta zaś była ukochaną córką w zżytej rodzinie. Rodzice często zabierali Justynę ze sobą — na pikniki, do kina, na jarmarki. Przywiązała się do nich jak do własnych. Całe dzieciństwo — jedno wielkie „my”: wspólnie wspinałyśmy się na drzewa, bawiłyśmy się w dom, marzyłyśmy o ucieczce do wielkiego miasta.

I Marcie się udało. Studia medyczne, ślub z Markiem — synem majętnego biznesmena, mieszkanie, praca jako lekarka. Justyna została w miasteczku, sprzedawała buty. Ale gdy Marta zaproponowała przyjaciółce przeprowadzkę, ta bez wahania się zgodziła. Marek nawet sam pomógł znaleźć jej wynajęte mieszkanie.

Marta wtedy nie wiedziała, że w tajemnicy oni z Markiem już się kontaktowali. Że spotykał ją na dworcu. Że za jej plecami rodził się romans. Wszystko wyszło na jaw później. Najpierw — dziwny chłód męża, potem — wiadomość od Justyny z zaproszeniem do kawiarni, a w końcu — scena, której nie da się wymazać z pamięci.

Miesiąc później Marek złożył pozew o rozwód. Justyna wprowadziła się do ich mieszkania. Marta, zaciąwszy zęby, wróciła do rodzinnego miasta. Podjęła pracę jako lekarka w lokalnym szpitalu, wynajęła pokój. Tam znalazł ją ordynator z propozycją objęcia kierownictwa oddziału — poprzedni ordynator szedł na emeryturę.

Pewnego dnia podczas obchodu Marta spotkała nowego pacjenta — statecznego mężczyznę o łagodnych oczach. Leonard Ryszardowicz. Jego twarz wydała się znajoma, ale nie mogła skojarzyć skąd. Później, podczas rozmowy, nagle się roześmiał:

— A pani to nie ta dziewczynka, którą kiedyś złapałem, gdy spadała z drzewa?

Marta oniemiała — wspomnienie wypłynęło nagle. W dzieciństwie, wracając ze szkoły, ona i Justyna wdrapały się na stary wiąz. Marta zahaczyła sukienką, przestraszyła się… A potem — silne ręce złapały ją prosto z gałęzi. I głos: „Po co się włazi? Niebezpiecznie przecież”.

Teraz ten głos znów brzmiał obok. I niosło w nim spokój, którego dawno nie czuła.

Po kilku tygodniach Leonard zaprosił ją na kolację z okazji wypisu. Najpierw się wahała, ale w końcu się zgodziła. A potem — wszystko potoczyło się jakby samo. Zbliżyli się, zaczęli się częściej widywać. Wkrótce — pobrali się.

Teraz Marta mieszka z Leonardem w dużym domu za miastem. Mają bliźniaków w szkole. Jej rodzice są szczęśliwi. A życie wreszcie zyskało sens.

A Justyna? Wróciła do prowincji i mieszka w mieszkaniu babci. Marek szybko się nią znudził i wyrzucił ją za drzwi. Mówią, że teraz pracuje w warzywniaku. Smutna i zgorzkniała. A boomerang, jak wiadomo, zawsze wraca. I uderza boleśnie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × jeden =

Powrót do miasta zdrady