Rozżalone wnuczki
Gdy Magda wróciła do domu z córeczkami, te od razu wybuchnęły płaczem. Dziewczynki właśnie wróciły od babci – i były całkowicie przygnębione.
— Mamo, babcia nas nie kocha… — szlochały razem. — Krzysiowi i Zosi wszystko wolno, a nam nic! Oni dostają prezenty, cukierki, a my tylko „nie ruszaj”, „nie przeszkadzaj”, „idźcie do drugiego pokoju”.
Magda zacięła usta. Serce ścisnęło jej się z bólu. Tyle razy sama to czuła, ale usłyszeć to od własnych dzieci było szczególnie okrutne.
Teściowa, Wanda Stanisławówna, nigdy nie okazywała specjalnej czułości córkom Magdy. Za to dzieci jej rodzonej córki – siostrzeńca Krzysia i siostrzenicy Zosię – uwielbiała. Dla nich wszystko, dla innych – ochłapy. Albo i mniej.
Kiedyś Magda starała się nie zwracać na to uwagi. Pocieszała się, że babci jest ciężko, że ma trudny charakter. Ale z każdym rokiem było coraz wyraźniej: dla Wandy Stanisławówny wnuki dzielą się na „swoje” i „obce”. A nawet ta sama krew – jeśli od „niewłaściwej” kobiety – się nie liczyła.
Dziewczynki opowiadały, jak babcia opędzała je za głośny śmiech, a pięć minut później pozwoliła Krzysiowi puszczać samochodziki po podłodze, choć hałasował znacznie bardziej. Albo jak postawiła na stole tort i poczęstowała nim „gości”, a własnym wnuczkom dała tylko herbatę.
Najgorsze było, gdy babcia odprawiła córki Magdy same do domu. Przez zimną drogę, pustymi ulicami. Miały po siedem lat. Bały się psów, trzęsły z zimna. A Wanda Stanisławówna nawet nie pomyślała, żeby zadzwonić do rodziców.
Gdy Magda się o tym dowiedziała, nie mogła powstrzymać łez. Zadzwoniła do teściowej, ale ta tylko prychnęła:
— Trzeba być samodzielnym. W ich wieku ja już chodziłam na targ.
Po tej rozmowie mąż Magdy, Marek, po raz pierwszy naprawdę pokłócił się z matką. Nie krzyczał. Tylko powiedział:
— Mamo, jeśli nie potrafisz być babcią dla wszystkich wnuków, to lepiej wcale nią nie być.
Minęło kilka lat. Dziewczynki podrosły, wyrosły na mądre i dobre. I dawno już nie prosiły się do babci. A Wanda Stanisławówna… postarzała się. Coraz częściej odwiedzali ją lekarze, tabletki zastąpiły słodycze, a telewizor – rozmowy.
Próbowała wezwać do siebie wnuki. Zadzwoniła do Krzysia – był zajęty, Zosia wymówiła się nauką. Wtedy przypomniała sobie o „nie swoich”.
— Niech przyjdą, posprzątają, przyniosą zakupy. Przecież ja im jestem babcią…
Magda wysłuchała, zamilkła i odpowiedziała:
— Pani im jest babcią? A one dla pani kim są? Pamięta pani, jak im powiedziała: „Nie prosiłam was tu”? No to nie przyjdą. Bo zapamiętały to aż za dobrze.
Telefon zamilkł. A w domu babci znowu zrobiło się cicho. Tylko teraz – naprawdę. I beznadziejnie.



