Skrzywdzone wnuczki

Zranione wnuczki

Gdy Weronika wracając do domu z córkami, dziewczynki natychmiast wybuchnęły płaczem. Właśnie wracały od babci — i były przygniecione smutkiem.

— Mamo, babcia nas nie kocha… — łkały chórem. — Iksińskiemu i Magdzie pozwala na wszystko, a nam — na nic! Im prezenty, słodycze, a my tylko słyszymy: „nie ruszaj”, „nie przeszkadzaj”, „idźcie sobie do drugiego pokoju”.

Weronika zacisnęła usta. Serce ścisnęło się z bólu. Tyle razy to czuła, ale usłyszeć to od własnych dzieci było wyjątkowo ciężkie.

Teściowa, Henryka Janówna, nigdy nie okazywała szczególnej czułości do córek Weroniki. Za to dzieci jej rodzonej córki — siostrzeńców Iksińskiego i Magdy — wynosiła pod niebiosa. Dla nich wszystko, dla innych — ochłapy. Albo i mniej.

Kiedyś Weronika starała się nie zwracać uwagi. Tłumaczyła sobie, że babcia ma ciężko, że jej charakter nie jest łatwy. Z każdym rokiem stawało się jednak jasne: dla Henryki Janówny wnuki dzieliły się na „swoje” i „obce”. Nawet ta sama krew — jeśli od „nie tej” kobiety — nie liczyła się.

Dziewczynki opowiadały, jak babcia nakrzyczała na nie za głośny śmiech, a pięć minut później pozwoliła Iksińskiemu puszczać samochodziki po podłodze, choć robił więcej hałasu. Albo jak postawiła na stole tort i poczęstowała nim „gości”, a rodzone wnuczki dostały tylko herbatę.

Najgorsze stało się, gdy babcia odesłała córki Weroniki same do domu. Przez zimną drogę, pusty plac. Miały po siedem lat. Bały się psów, trzęsły z zimna. A Henryka Janówna nawet nie zadzwoniła do rodziców.

Gdy Weronika się o tym dowiedziała, nie mogła powstrzymać łez. Zadzwoniła do teściowej, ale ta tylko prychnęła:

— Trzeba być samodzielnym. W ich wieku już chodziłam na targ.

Po tej rozmowie mąż Weroniki, Marek, po raz pierwszy naprawdę pokłócił się z matką. Nie krzyczał. Tylko powiedział:

— Mamo, jeśli nie potrafisz być babcią dla wszystkich wnuków, lepiej w ogóle nią nie bądź.

Minęło kilka lat. Dziewczynki podrosły, wyrosły na mądre i dobre. Dawno już nie prosiły się do babci. A Henryka Janówna… postarzała się. Coraz częściej odwiedzali ją lekarze, tabletki zastąpiły słodycze, a telewizor — towarzystwo.

Próbowała wezwać do siebie wnuki. Zadzwoniła do Iksińskiego — był zajęty, Magda wymówiła się nauką. Wtedy przypomniała sobie o „nie swoich”.

— Niech przyjadą, posprzątają, przyniosą zakupy. Przecież ja im jestem babcią…

Weronika wysłuchała, zamilkła, a potem odpowiedziała:

— Pani im jest babcią? A one pani — kim są? Pamięta pani, jak im powiedziałaś: „Ja was nie prosiłam”? Otóż nie przyjdą. Bo zapamiętały to aż za dobrze.

Telefon zamilkł. A w domu babci znów zrobiło się cicho. Tylko teraz — naprawdę. I beznadziejnie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 3 =

Skrzywdzone wnuczki