Z kim mieszka twój partner?

Dziś znów myślałam o moim synu, Sławomirze. Wojciechowski – to nasze nazwisko, ale w pracy wszyscy mówią na niego Sławek. Ostatnio został kierownikiem działu w dużej firmie w Poznaniu. Zasłużył na to – zawsze pracowity, cichy, punktualny. Nigdy nie pragnął władzy, ale szedł przez życie pewnie. W biurze gratulacje były skromne: Sławek tylko się uśmiechał, dziękował i zapewniał, że zrobi wszystko, by zespół nie żałował jego awansu.

Najbardziej cieszyła się jego mama, Bożena. To ona kiedyś woziła go po lekarzach, wynajmowała korepetytorów, kupowała zimowe ubrania i odkładała z emerytury na jego studia. To ona nalegała, by poczęstował kolegów domowymi smakołykami – ciastami, sałatkami, przekąskami. Choć Sławek początkowo się wymawiał, w końcu się zgodził – nie chciał zawieść mamy.

W dniu świętowania pojechał po jedzenie do domu matki. Akurat miała wizytę u kardiologa, więc zostawiła wszystko w lodówce – już zapakowane. W krótkiej przerwie obiadowej Sławek postanowił nie dźwigać tego sam i poprosił nową pracownicę, Kingę, by pojechała z nim pomóc. Chętnie się zgodziła.

Kinga, jasnowłosa i piękna, była typem kobiety, na którą wszyscy zwracają uwagę. W biurze szeptano: podobno ma oko na Sławka, często flirtuje, uśmiecha się, prosi o podwózkę…

Weszli do mieszkania matki – skromnego, ale czystego i przytulnego. Sławek otworzył lodówkę i zaczął wyjmować liczne pojemniki. Kinga usiadła wygodnie na taborecie, rozglądając się po mieszkaniu:

— Jak tu u twojej mamy przytulnie… Prawdziwy dom. A to kto?!

Z pokoju wybiegła czarna kundelka i zaczęła warczeć na obcą.

— To Mucha — wyjaśnił Sławek, biorąc ją na ręce. — Nie bój się, jest przyjazna.

— Mucha?! Co za imię… — skrzywiła się Kinga. — Niech się do mnie nie zbliża. Jeszcze podrapie mi rajstopy.

Sławek zamilkł. Jej niezadowolenie jakoś go dotknęło. Ale to nie było jeszcze wszystko – z korytarza wyszedł dobrze odżywiony czarny kot, dostojnie ocierając się o nogi pana.

— A to Hrabia — powiedział Sławek czule i wyjął z lodówki gotowaną rybę. — Zaraz, kochanie, masz swój obiad.

Kinga cofnęła się do drzwi.

— U was to prawdziwe zoo. W takim małym mieszkaniu kot i pies? To niehigieniczne… sierść, zapach… Twoja mama nie ma alergii?

— A ty masz? — cicho zapytał Sławek.

— Ja? Nie… nie wiem. Nigdy nie mieliśmy zwierząt. Nie lubię. Są brudne…

Sławek w milczeniu pakował jedzenie. Uśmiech zniknął. Kinga stała z boku, raz po raz odpychając psa, który chciał powąchać jej buty.

— Wieczorem przyjdę je wyprowadzić — w końcu powiedział Sławek. — Mama będzie się gniewać, że je przekarmiłem, ale jak ich nie żałować?

— I jeszcze czas na nich marnować… No tak, ktoś musi — mruknęła Kinga z wymuszonym uśmiechem, kierując się do wyjścia.

W drodze powrotnej paplała coś o nowym menu w stołówce, o spódnicy Agnieszki z kadr, o tym, jak koleżanka z księgowości wyszła po raz trzeci za mąż. Sławek szedł w milczeniu, tylko czasem kiwał głową. W głowie szumiało mu: „Pustka. Fałsz. Obca…”.

W biurze już na niego czekano: wręczono mu termos, uściskano, poklepywano po ramieniu. Po pracy zastawili stół, trochę wypili, dużo zjedli. Kinga znów nie odstępowała go na krok – to żart, to spojrzenie, to propozycja podwiezienia. Ale Sławek spokojnie odpowiedział:

— Przepraszam, spieszę się. Mam ważne spotkanie.

W domu czekała na niego mama.

— No i jak poszło? — zapytała z uśmiechem, otwierając drzwi.

— Wszystko świetnie, mamo. Twoje ciasta zniknęły pierwsze. Mówili, że jak z restauracji. O mnie już zapomnieli…

— A ta, z którą dziś przyjechałeś – Kinga? Sąsiadka widziała, mówi, że piękna. To ta?

— Nie. Tylko koleżanka z pracy. I tak nikogo jeszcze nie ma. Wtedy tylko skłamałem, by cię ucieszyć. Wybacz.

— No dobrze. A jeśli się pojawi – jaka ma być ta „ta jedyna”?

Sławek zamyślił się.

— Skromna. Dobra. Mądra. I… żeby ciebie lubiła. I Hrabię. I Muchę.

Mama się uśmiechnęła.

— Och, Sławku, najważniejsze, by kochała ciebie. Wtedy i nas wszystkich zaakceptuje. Nawet tego łysiejącego kota z charakterem.

Kiwnął głową. Potem wziął smycz, zawołał oba „stworzenia” i wyszedł na dwór. Wszyscy troje wesoło przebiegli podwórko, jakby znów byli w tych czasach, gdy wszystko było proste – mama w domu, w plecaku drożdżówka, na rękach szczeniak, na ramieniu kot, a przed nimi – całe życie.

Mama patrzyła przez okno i zaciskała pięść.

— Trzydzieści lat, kierownik działu, a dusza dziecka. Daj ci, Boże, prawdziwą miłość, synku… I żeby pokochała was wszystkich od razu. I Hrabiego. I Muchę. I mamę.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 1 =

Z kim mieszka twój partner?