Sławomir Andrzejewski, choć dla znajomych po prostu Sławek, niedawno awansował na kierownika działu w dużej firmie w Poznaniu. Awans był zasłużony – pracowity, cichy, punktualny. Nie pchał się na pierwszą linię, ale szedł do przodu pewnie. Gratulacje w pracy były skromne: Sławek uśmiechał się lekko, dziękował i zapewniał, że zrobi wszystko, by zespół nie żałował jego mianowania.
Najbardziej cieszyła się jego mama, Ludwika Nowak. To ona kiedyś woziła syna po lekarzach, płaciła za korepetycje, kupowała mu zimowe ubrania i odkładała z emerytury na jego studia. To też ona nalegała, żeby poczęstował kolegów domowymi smakołykami – ciastami, sałatkami, przekąskami. I choć Sławek początkowo się wymawiał, w końcu się zgodził – nie chciał zawieść mamy.
W dniu uroczystości pojechał po jedzenie do domu mamy. Akurat miała wizytę u kardiologa, więc zostawiła wszystko w lodówce – już zapakowane. W krótkiej przerwie obiadowej Sławek nie chciał taszczyć sam i poprosił nową współpracowniczkę, Olę, żeby pojechała z nim pomóc. Ta chętnie się zgodziła.
Ola, jasnowłosa i piwnooka, była typem kobiety, na którą wszyscy się oglądali. W biurze szeptano, że to on ma na nią oko, często się zaleca, uśmiecha, prosi o podwózkę…
Weszli do mieszkania mamy – skromnego, ale czystego i przytulnego. Sławek otworzył lodówkę i zaczął wyjmować liczne pojemniki. Ola wygodnie usiadła na taborecie, rozglądając się po mieszkaniu:
— Jak tu u twojej mamy przytulnie… Zupełnie jak w domu. A to kto?!
Z pokoju wybiegł czarny piesek i zaczął warczeć na obcą.
— To Mucha — wyjaśnił Sławek, biorąc go na ręce. — Nie bój się, jest przyjazna.
— Mucha?! Co za imię… — skrzywiła się Ola. — Niech tylko nie podchodzi. Jeszcze mi rajstopy podrapie.
Sławek zamilkł. Jej grymas jakoś go dotknął. Ale to nie było wszystko – z korytarza wyszedł dobrze odżywiony czarny kot, który dostojnie otarł się o nogi gospodarza.
— A to Markiz — powiedział czule Sławek i wyjął z lodówki ugotowaną rybę. — Zaraz, kochanie, masz swój obiad.
Ola cofnęła się w stronę drzwi.
— U was to istny zwierzyniec. W takim małym mieszkaniu kot i pies? Toż to antyhigiena… sierść, zapach… Twoja mama nie ma alergii?
— A ty masz? — cicho zapytał Sławek.
— Ja? Nie… nie wiem. Nigdy nie trzymaliśmy zwierząt. Nie lubię. Są brudne…
Sławek w milczeniu dalej pakował torby. Uśmiech zniknął. Ola stała z boku, raz po raz odpychając psa, który chciał obwąchać jej buty.
— Wieczorem przyjadę i je wyprowadzę — w końcu powiedział Sławek. — Mama będzie się złościć, że je przekarmiłem, ale jak nie żałować?
— Jeszcze czas na nie tracić… No cóż, ktoś musi — mruknęła półuśmiechem Ola, kierując się do drzwi.
W drodze powrotnej paplała coś o nowym menu w kantynie, o spódnicy Weroniki Kowalskiej, o tym, jak koleżanka z księgowości wyszła za mąż po raz trzeci. Sławek szedł w milczeniu, tylko czasami przytakując. W głowie mu szumiało: «Pustka. Fałsz. Obca…»
W biurze już czekali: wręczyli termos, przytulili, poklepali po plecach. Po pracy nakryli stół, trochę wypili, dużo zjedli. Ola znowu się kręciła – to żart, to spojrzenie, to propozycja podwiezienia. Ale Sławek spokojnie odpowiedział:
— Przepraszam, śpieszę się. Mam ważne spotkanie.
W domu czekała na niego mama.
— No i jak poszło? — uśmiechnęła się, otwierając drzwi.
— Wszystko świetnie, mamo. Twoje ciasta zniknęły pierwsze. Mówili, że jak z restauracji. O mnie już zapomnieli…
— A o tę, z którą dziś przyjechałeś – Olę? Sąsiadka widziała, mówi, ślicznotka. To ta?
— Nie. Tylko koleżanka z pracy. I tak naprawdę nikogo jeszcze nie ma. Wtedy skłamałem, żeby ci zrobić przyjemność. Wybacz.
— Dobrze już. A jak się pojawi – jaka ma być, ta twoja „ta jedyna”?
Sławek zamyślił się.
— Skromna. Dobra. Mądra. I… musi was kochać. Mamę. Markiza. Muchę.
Mama się uśmiechnęła.
— Ech, Sławku, najważniejsze, żeby kochała ciebie. Wtedy i my jej nie będziemy straszni. Nawet tego łysiego kota z charakterem.
Skinął głową. Potem wziął smycz, zawołał oba „stworzenia” i wyszedł na dwór. Wszyscy troje z radością przebiegli podwórkiem, jakby znów byli w tych czasach, gdy wszystko było proste – mama w domu, w plecaku drożdżówka, na rękach szczeniak, na ramieniu kot, a przed nimi – całe życie.
Mama patrzyła przez okno i zaciskała pięści.
— Trzydzieści lat, kierownik działu, a dusza dziecka. Daj ci, Boże, prawdziwą miłość, synku… I żeby pokochała was wszystkich od razu. I Markiza. I Muchę. I mamę.



